“Ze mną się nie napijesz?” i inne irytujące zachowania dorosłych ludzi

wpis w: na luzie, za biurkiem | 0

ze mną się nie napijesz

Znajomi, zwłaszcza ci dalsi, zasmucająco często zachowują się w sposób, który powoduje, że do kręgu bliższych znajomych nigdy nie awansują. Celują w takich zachowaniach współpracownicy, ale oczywiście nie tylko.

Prywatne – publiczne w pracy, czyli wejdę w twoje życie z butami, bo tak!

Umówmy się – ludzie, z którymi pracujemy są nam obcy. Nie znamy ich prywatnie i często wcale nie mamy ochoty ich poznawać na innej stopie. A jednak z jakiegoś powodu wcale nie tak rzadko próbują wkroczyć na nieprzeznaczone dla nich tereny prywatne. Jeśli przyniesiesz do pracy na drugie śniadanie sałatkę zamiast kanapki znajdzie się ktoś, kto zapyta czy jesteś na diecie. Na takie pytanie od obcej osoby jest tylko jedna odpowiedź – “a gówno cię to obchodzi”. Co ciekawe osoba zadająca pytanie nie jest uważana za niegrzeczną, ale jeśli ktoś nie zechce udzielić odpowiedzi, to wyjdzie na gbura. A ja się pytam dlaczego?

Moich współpracowników naprawdę nie powinno interesować to czy jestem na diecie, co dostałam na urodziny i jak spędzam piątkowy wieczór. Jeśli ktoś chce opowiadać o swoich prywatnych sprawach w pracy to droga wolna (choć też bez przesady), ale nie powinien oczekiwać wzajemności. Zadając różne dziwne pytania można naprawdę wejść na grząski grunt, zwłaszcza nie znając kontekstu i sytuacji osoby, którą pytamy.

Dopytywanie o prywatne spawy i ich komentowanie (a następnie jak sądzę powtarzanie każdej napotkanej osobie) jest wyjątkowo irytującym zwyczajem. Ostatnio byłam w delegacji razem z kilkoma innymi osobami. Śniadanie w hotelu było wyjątkowo smaczne i oprócz standardowego zestawu porannego skusiłam się jeszcze na rogalik francuski, który zjadłam z ogromną przyjemnością. Usłyszałam od kolegi komentarz “Ty chyba lubisz jeść, a nie wyglądasz.” Słabe to było strasznie. Ale historia wcale na tym się nie skończyła. Tydzień później na imprezie firmowej, siedzę przy stoliku z tym samym człowiekiem, jego szefem i paroma innymi osobami. Człowiek uznał za stosowne wygłosić na głos uwagę mniej więcej tej treści: “nie macie pojęcia ile ona potrafi zjeść.” To było jeszcze słabsze. Co to kogo obchodzi ile kto je? Już nie chodzi o to, czy to była prawda czy nie. Chodzi o to, że siłą rzeczy podczas wspólnego wyjazdu “wychodzi” trochę prywatnych spraw i dorosły, kulturalny człowiek powinien wiedzieć, że takie informacje należy zachować dla siebie.

“Już ja cię przekonam,” czyli zachowaj się inaczej niż postanowiłeś

Presja rówieśników to zjawisko, które powinno zniknąć wraz z przekroczeniem magicznej granicy nastoletniości i wkroczeniem w zaawansowany wiek lat dwudziestu. A jednak ten fenomen wcale nie zanika. Tyle, że rówieśnicy przestają być rówieśnikami a stają się po prostu grupą kolegów. Paradoksalnie im mniej zażyła znajomość tym większe ryzyko wystąpienia presji. I reguła ta sprawdza się niezależnie od charakteru relacji.

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego dla mnie powodu wiele osób uważa, że przekonanie  (przymuszenie?) kogoś podczas imprezy czy spotkania towarzyskiego do zachowania, na które nie miał ochoty jest świetną zabawą. Przy czym nie spotkałam się z tym, żeby ktoś kogoś zachęcał do abstynencji lub zjedzenia większej ilości sałaty z kiełkami. Nie, chodzi o to, żeby przekonać do wypicia jeszcze jednego piwa lub kieliszka wódki czy do zostania dłużej (najlepiej do zamknięcia lokalu), itd. Najbardziej drażnią mnie sytuacje, w których jakaś osoba wyraźnie informuje całą grupę o jakimś swoim postanowienia (nie w znaczeniu postanowień noworocznych, tylko po prostu o planie na wieczór) i cała grupa dokłada wszelkich starań, żeby to postanowienie zmienić. Często jasno deklarując, że ich zamiarem jest “przekonanie” delikwenta. Jeśli uda się go przekonać, to rzecz jasna wszyscy są przeszczęśliwi. Tylko dlaczego? Jeśli ktoś chciał czy powinien wrócić do domu o określonej porze, to czemu mu w tym przeszkadzać? Co w tym fajnego?

Nie zdarzyło mi się jeszcze być na imprezie firmowej, na której nie było tej gry. Ale pojawia się ona również wśród znajomych i nawet dalszej rodziny. Przy czym ludzie bliscy raczej w nią nie grają, co jak sądzę wynika głównie z faktu, że chcą dla siebie dobrze.

Tłumacz mi się, bo ja muszę wiedzieć wszystko

Czymś pośrednim między pierwszym a drugim opisanym zachowaniem jest wnikanie w powody podjętego postanowienia. Jeśli ktoś idzie na spotkanie towarzyskie i zamiast alkoholu zamówi sok natychmiast słyszy pytanie o powód. Zupełnie jakby istniał jakiś niepisany przepis, że idąc gdzieś po godzinie 17 należy konsumować procenty. A jeśli ktoś postępuje inaczej to powinien złożyć samokrytykę i wytłumaczyć wszystkim powody tego niestosownego postępowania.

Podobnie należy wytłumaczyć się z tego, że nie chce się siedzieć do późna, albo nie je się słodyczy. Generalnie każdy odstępstwo od hedonizmu podczas spotkania z kolegami wymaga wyjaśnienia. A już najbardziej musi się tłumaczyć ktoś palący, kto nie chce zapalić papierosa.

Niestety to działa

Obserwuję, że te wszystkie zachowania niestety działają. I rzeczywiście wiele osób informuje o swoich prywatnych sprawach, zaczyna tłumaczyć się ze swoich decyzji, często je zmieniając pod dyktando grupy. Bardzo ciężko jest kontynuować odmawiania, zwłaszcza tak, żeby nikogo nie obrazić. A wiele osób, w wyniku jakiegoś potwornego błędu wychowawczego, ma głęboko zakorzenione, że przede wszystkim nie powinno nikogo urazić. Otóż to tak nie działa. Jeśli wybór jest między moim komfortem fizycznym lub psychicznym a urażeniem kogoś, to mój komfort wygrywa zawsze. Ale w związku z tym ludzie uważają, że jestem aspołeczna i niemiła.

Ostatnio usłyszałam od koleżanki z pracy takie zdanie: “Bo ty to masz takie zły charakter. Taka jakaś konsekwentna jesteś.” To prawda, jestem konsekwentna i nie idę bezmyślnie za grupą. Przy czym w przeciwieństwie do niej uważam, że to dobra cecha charakteru. Naprawdę odmawianie nie boli.

Jeśli nie chcesz czegoś robić, odmów. Nikt nie ma prawa się za to obrażać.