Jem zdrowo, więc już nigdy nie zjem nic pysznego?


przy stole, za biurkiem / 26 marca 2018

Zdrowe jedzenie często kojarzy się z wyrzeczeniami, rezygnacją z ulubionych potraw i powolną zamianą w królika. Coś w tym jest. Nie da się ukryć, że w “czystej misce” królują warzywa w różnych postaciach i zielsko w dużej ilości. To wszystko może być bardzo smaczne, ale nie oszukujmy się – nie ma nic wspólnego z pizzą z podwójnym serem.

Restrykcyjne diety są straszne i w ogóle powinny być prawnie zakazane, czy coś. Ale racjonalna dieta, choć smaczna, zdrowa i kolorowa nie oznacza żywienia się kebabem popijanym piwem. A przecież z jakiegoś powodu ludzie jedzą kebaby i popijają je piwem. Z całą pewnością nie dlatego, że do baru sałatkowego jest dalej. Po prostu dobry kebab jest dobry. I tyle.

Co jest pyszne?

Kiedy myślę “coś naprawdę pysznego” widzę lasagne ociekającą tłuszczem, z dużą ilością beszamelu i w towarzystwie czerwonego wina. Albo spaghetti w sosie serowym. Czasem widzę duże pudełko lodów straciatella i sernik z sosem czekoladowym. Nic z tych rzeczy nie znajdzie się w zbilansowanym, zdrowym, racjonalnym jadłospisie. Każdy ma swoją listę naprawdę pysznych rzeczy i zdecydowana większość z nich jest niezdrowa, tucząca i ogólnie bardzo zła dla zdrowia, cery i figury (jeśli są zjadane w nadmiarze). Ale są to rzeczy naprawdę smaczne. Tak smaczne, że na samą myśl o nich robi się przyjemnie. Gdyby było inaczej nikt by ich nie jadł.

Umówmy się gdyby sałata była pyszniejsza od lasagne, a pieczona dynia smaczniejsza od czekolady wszyscy bylibyśmy szczupli, piękni i wiecznie młodzi. Ale smutna prawda jest taka, że jednak te niezdrowe rzeczy deklasują zdrowych rywali w konkurencji na najpyszniejsze dania świata.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zdrowe jedzenie jest niesmaczne. To byłaby nieprawda. Ale jednak nie umywa się do potraw będących szczytem kulinarnych rozkoszy.

Skrajności nie są dobre

Mogłoby się wydawać (i chyba wielu osobom się wydaje), że skoro coś jest niezdrowe i nie spełnia warunków fitdania dla fitosoby, to powinno na zawsze zniknąć z jadłospisu. Dobra wiadomość jest taka, że to nieprawda. W diecie zdrowej osoby jest miejsce na (w zasadzie) wszystko. Nie bez powodu mówi się, że jadłospis powinien być urozmaicony. Urozmaicony to znaczy (za słownikiem języka polskiego) różnorodny i atrakcyjny.

W praktyce oznacza to, że można czasem zjeść kebaba albo pizzę i absolutnie nie ma w tym nic złego. Nie chodzi mi absolutnie o tak zwane cheat meale, które uważam za pomyłkę. Po prostu jeśli człowiek jest zdrowy, to jego organizm doskonale poradzi sobie z okazjonalną pizzą czy tabliczką czekolady.

Nie wszystkie pyszności są na czarnej liście

Druga dobra wiadomość jest taka, że szereg potraw, które z pozoru kwalifikują się do wpisania na czarną listę wcale nie są takie złe. Weźmy na przykład makaron, czyli podstawa włoskiej kuchni. Naprawdę nic mu nie można zarzucić. A jeśli do tego dołożymy sos na bazie warzyw, to otrzymamy danie w zasadzie dietetyczne (np. spaghetti ze szpinakiem). To samo dotyczy pizzy, której największą wadą jest ogrom soli a także dodatki, w postacie dużej ilości sera, salami czy boczku. Ale jeśli sami ją zrobimy i na wierzch położymy nieco mniej sera i warzywa, to spokojnie możemy mieć pyszną pizzę, która nie jest niezdrowa. Co najwyżej kaloryczna, ale to nie wada, a po prostu cecha 🙂

Generalnie warto rozróżnić dwie rzeczy – produkty niezdrowe i produkty wysokoenergetyczne to dwie zupełnie różne rzeczy. Z samego faktu, że coś dostarcza sporo kalorii nie wynika, że jest to niezdrowe jedzenie. Dieta powinna być prawidłowo zbilansowana również pod katem dostarczanej energii. To znaczy, że jedzenie powinno dostarczać jej odpowiednią ilość – nie za dużo i nie za mało.

Co więcej ten bilans powinien się zgadzać w dłuższym okresie, a niekoniecznie danego dnia.

Przykład:

Moje zapotrzebowanie energetyczne wynosi około 2250 kcal na dzień. Pizza Hot Pepperoni z Pizzy Hut dostarcza według informacji na stronie 1450 kcal. To oznacza, że mogę zjeść taką pizzę i jeszcze dodatkowo powinnam dostarczyć sobie 800 kcal. Zatem wyobraźmy sobie następującą sytuację. Na śniadanie zjadam owsiankę (350 kcal), na drugie śniadanie zjadam warzywa pokrojone w słupki z dipem jogurtowym (250 kcal). Na lunch zjadam kurczaka z ryżem i warzywami (450 kcal). A potem pożeram pizzę. W sumie zjadałam 2500 kcal. Czyli 250 kcal więcej niż moje dzienne zapotrzebowanie. Jeśli przez kolejne 5 dni będę jadła 2200, to na przestrzeni tygodnia bilans będzie się zgadzał.

Nie namawiam nikogo do liczenia każdej zjedzonej kalorii i ważenia każdego listka sałaty. Przykład miał tylko pokazać, że w dobrze zbilansowanej diecie może być miejsce na pizzę, która nie spowoduje natychmiastowego przekształcenia w wieloryba.

Zdrowa droga

Jestem zdecydowaną przeciwniczką wszelkich ekstremów w żywieniu. Jedzenie to przecież nie tylko źródło energii i składników odżywczych. Jedzenie to źródło przyjemności i czynność społeczna – jemy z rodziną i przyjaciółmi. Zdrowa droga, to czerpanie radości z jedzenia i z czasu spędzonego przy jedzeniu bez wyrzutów sumienia. Wyrzutom sumienia w kontekście jedzenia mówimy zdecydowane NIE! Ważne jest podchodzić do jedzenia z rozsądkiem i mniej więcej ogarniać co się je. Bo aczkolwiek pizza od czasu do czasu nikogo nie zabije, ale jedzona codziennie zamiast obiadu może przyczynić się do kłopotów ze zdrowiem i sylwetką.