Jedzenie w podróży i podczas wyjazdu


za biurkiem / 29 września 2018

Wakacje nie zdarzają się codziennie, ale stety/niestety podróżujemy nie tylko z okazji wczasów. Każdy wyjazd powoduje, że w jakimś stopniu musimy odejść od naszych zwyczajów jedzeniowych. Często nie mamy dostępu do kuchni, żeby samemu przygotować posiłki. Bywa, że w ogóle przez cały dzień poza domem nie mamy czasu na jedzenie (lub tak nam się wydaje). A jakby tego było mało są jeszcze głęboko zakorzenione przekonania, które powodują, że podróż łączy się z jedzeniem więcej i znacznie mniej zdrowo niż zwyczjanie. Pół biedy jeśli jeździmy gdzieś sporadycznie i na krótko. Ale jeśli podróże są stałym elementem naszej codzienności warto poznać i oswoić wroga 🙂

Prowiant na drogę

Powoli coś się zaczyna zmieniać, ale wciąż jeszcze powszechne jest branie (ogromnej ilości) jedzenia na drogę. Podróżując pociągiem czy autobusem obserwuję współpasażerów. Wielu z nich w trakcie krótkiej, 2 czy 3 godzinnej podróży zjada w zasadzie tyle, ile normalnie je się przez cały dzień. Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w tym, że jeszcze nie tak dawno temu podróże trwały znacznie dłużej niż obecnie.

A przecież jeśli w drodze będziemy zaledwie chwilę, to naprawdę nie ma powodu na tę okoliczność wyposażać się w większą niż zazwyczaj ilość jedzenia. Jasne, może być na przykład tak, że z powodu wczesnej godziny wyjazdu dopiero w trasie zjadamy śniadanie. Ale sądzę, że w większości wypadków to nie jest tego rodzaju sytuacja. Natomiast warto zawsze mieć ze sobą coś do picia.

Szwedzki stół w hotelu

Hotelowe śniadania są świetne. Uwielbiam ten moment kiedy wchodzę do restauracji i widzę mnóstow pyszności. Tylko jest jeden problem. Ta mnogość wszystkiego może spowodować, że na śniadanie zjem tyle, ile zwykle zjadam przez calutki dzień. Tu bułeczka, tam jogurcik i jeszcze rogalik francuski mruga zachęcająco. Im lepszy hotel tym zagrożenie jest większe 🙂

Nie mówię, żeby w ogóle nie korzystać z bufetu, ale warto jednak odrobinę się ograniczyć, a przede wszystkim uwzględnić rozmiar śniadnia w dalszej części dnia. Dobrze, żeby nie okazało się, że z podróży poza podpisaną umową przywozimy dodatkowy kilogram siebie 🙂

Spotkania, konferencje i jedzenie

Przyjęło się, że podczas spotkań podawany jest jakiś poczęstunek. Najczęściej w postaci ciasteczek, wafelków i innych chrupaków. Zwłaszcza jeśli na spotkanie przyjechał ktoś z innej części kraju czy świata można spodziewać się, że na stole poza napojami wylądują słodycze. Nie ma w tym nic złego. I nie trzeba wtedy być jak Ewa Chodakowska i serwować ludziom wykładu o szkodliwości cukru. Ale jest koloslana różnica między zjedzeniem jednej delicji a pochłonięciem od razu dwóch paczek.

Po ciasteczkach przychodzi czas na wspólny obiad i często jeszcze kolację. Jedzenie w restauracjach jest świetne, ale często jest też kaloryczne i ogólnie niezbyt zdrowe. Warto mieć w pamięci, że jedzenie poza domem wpływa na nas dokładnie tak samo jak jedzenie w domu. Jak będziemy jeść za dużo, to nie wyjdzie nam to na zdrowie.

Byle szybko, bo nie ma czasu

Bywa też tak, że na wyjeździe brakuje nam czasu na normalne jedzenie. Cały dzień w biegu. Od spotkania do spotkania. I nawet ogromne śniadanie hotelowe nie pomaga. Na koniec jesteśmy tak głodni, że zjedlibyśmy konia z kopytami i jeszcze rozejrzeli się za drugim. Z braku koni z kopytami szukamy czegoś szybkiego i sycącego – pizza czy hamburger wydają się wtedy doskonałym wyborem. I oczywiście zarówno pizza jak i hamburger od czasu do czasu są spoko. Ale jeśli nasz dzień wygląda tak, że rano zjadamy pół bufetu z hotelowego śniadania, potem cały dzień nic, a wieczorem dużą pizzę ze wszystkim, to szybko zobaczymy efekty. I nie mówią tylko o wadze.

Brak czasu w podróży może również skutkować mniejszą aktywnością fizyczną. W napiętym wyjazdowym grafiku ciężko zmieścić trening. Czasem jedyną możliwością jest wykonanie kilku ćwiczeń na hotelwoej podłodze. Ale choć jest to z pewnością lepsze niż nic, to mimo wszystko odbiega od porządnego treningu, który serwujemy sobie w domu. Na to nakładać się może niewiele spontanicznej aktywności, bo w nieznanym mieście spiesząc się na kolejne spotkanie częściej wybieramy samochód czy taksówkę. Efekt jest taki, że nasze zapotrzebowanie na energie może być o kilkaset kalorii mniejsze niż zazwyczaj.

Czy jest na to sposób?

Na pewne rzeczy nie bardzo da się wpłynąć. Nie namawiam niekogo by nagle zaczął oswajać komunikację miejską w słabo znanym mieście, albo wychodził w trakcie ważnego spotkania, żeby pójść pobiegać. Ale nie ma też dramatu.

  • Jeśli jest chwila przerwy, to zamiast dalej siedzieć w środku warto wyjść na zewnątrz i się przejsć, choćby wokół budynku. Nie tylko rozporostujemy kości, ale też trochę się dotlenimy.
  • Po zakończonym dniu można pójść na spacer i zobaczyć okolicę.
  • Zamiast jeść kolację w hotelowej restuaracji można wyszukać jakieś miejscu, w którym można smacznie zjeść, a do którego trzeba dojść.
  • W ogóle przed wyjazdem warto zbadać miejsca, w których będzie jeść. To później znacznie ułatwi wybór potraw.
  • Jeśli znamy nasz plan dnia i wiemy kiedy będziemy mieć przerwy, możemy do tego dostosować nasz plan posiłków.
  • Warto zabezpieczyć się na wypadek kompletnego braku czasu. Na wszystkich wyjazdach mam ze sobą jakieś zdrowe przekąski (np. mus day-up czy paczkę orzechów), kubek termiczny z herbatą i butelkę wody.
  • Butelka wody pod ręką jest absolutnie konieczna. Niestety wyjazd często powoduje ograniczony dostep do napojów.

Bywają takie okresy, że dość dużo wyjeżdżam spędzając cały tydzień poza domem. Ale da się z tym żyć i nie koniecznie oznacza to rezygnację ze zdrowego odżywiania i aktywności. Ważne, żeby przed wyjazdem dobrze zastanowić się co nas czeka i przygotować się. Nie chodzi o to, żeby porywać się z motyką na słońce. Najpewniej na wyjeździe, który nie jest wakacjami, nie będziecie biegać codziennie rano 15 km. Ale można skorzystać z siłowni w hotelu, albo wieczorem iść na spacer. Po prostu trzeba znaleźć złoty środek i w miarę elastycznie dostosować się do sytuacji. Macie jakieś sprawdzone patenty na wyjazdy?