Gorszy dzień to jeszcze nie katastrofa


za biurkiem / 14 lutego 2018

 

Przeglądasz Facebooka i widzisz nieustające pasmo sukcesów. Na Instagramie przeglądasz kolejne zdjęcia z treningów, oglądasz najpiękniejsze jedzenie świata, świetne makijaże, udane spacery z dzieckiem, romantyczne randki, idealne mieszkania, ułożone włosy, nowe samochody, zapierające dech w piersiach widoki i kolejne zakupy.

Potem patrzysz na siebie. Siedzisz w starym dresie na kanapie. Przykrywasz się kocem, pijesz zwykłą herbatę z wyszczerbionego kubka, a na stoliku dostrzegasz talerz po wczorajszej kolacji. A może to był obiad? Widzisz, że szafa postanowiła się przenieść na krzesło. Nie wiesz kiedy to się stało, ale ewidentnie ubrania rozpoczęły ofensywę i zajmują kolejne części mieszkania. Treningu nie było, bo nie chciało ci się wyjść. Z resztą i tak nie masz takich ładnych ubrań do ćwiczeń. Na obiad planujesz cokolwiek. I tak nie podasz tego dość atrakcyjnie. Ostatniej randki nie pamiętasz, ale z pewnością było to w poprzedniej dekadzie, a może nawet w poprzednim tysiącleciu. Myślisz sobie – inni to mają fajne życie, a ja?

To się nazywa zły dzień.

Filtr na sieci

Przeglądanie zdjęć w sieci bywa niezwykle frustrujące. Zwłaszcza jeśli akurat mamy gorszy dzień. Są takie chwile, że po prostu nie nadaję się do niczego. Mam wszystkiego dość i tylko waham się czy zacząć krzyczeć i rzucać talerzami, czy może jednak położyć się i zasnąć. Bo jednak rzucanie talerzami, to też wysiłek a mi się nic nie chce. W takie dni wszystkie fajsbuki świata i inne instagramy powinny blokować mi dostęp. Każde kolejne zdjęcie uśmiechniętego, zadowolonego ze swojego idealnego życia człowieka tylko pogłębia dół, w którym się znajdują.

To tylko zdjęcia. Wycinek rzeczywistości. A jednak razem układają się w obraz czegoś tak odległego od mojego aktualnego postrzegania świata, że mam ochotę się rozpłakać. Bo moje życie nie jest idealne, mieszkanie nie jest zawsze wysprzątane na błysk a sukcesy zdarzają się tylko czasami. Takie dni są naprawdę straszne. Zwłaszcza, że jeśli włączy się tryb porównywania się ze zdjęciami wrzuconymi do internetu, to łatwo zrobić coś głupiego.

W złe dni nic nie ma sensu

U mnie takie kiepskie chwile są zwykle objawem przemęczenia. Mam skłonność do funkcjonowania na najwyższych obrotach przez cały czas i to się często kończy tak, że w pewnym momencie nie mam już siły i ochoty na nic. Co wtedy robię? Otóż zaczynam od dalszego psucia, i tak podłego, nastroju robiąc rajd po ulubionych blogach. Patrzę na ociekające lukrem zdjęcia i mam ochotę załamać się kompletnie. Bo przecież ja nigdy nie będę miała takie fajnego życia i w ogóle nic mi się nie udaje i jestem całkiem beznadziejna. Tak. Tak właśnie zaczynam takie złe dni. Krótko mówiąc na początku mam lekkiego doła, a potem pogrążam się w otchłani rozpaczy.

Wtedy łatwo o różne błędy, również te większego kalibru.

To mogą być nazbyt spontaniczne zakupy. No bo skoro i tak nigdy nie kupimy nowego samochodu, to można od razu kupić trzy pary butów i jeszcze sukienkę na dokładkę. To wcale nie poprawia humoru, ale za to pomniejsza saldo na rachunku bankowym.

Może to być całkowita rezygnacja z diety, bo i tak nigdy nie osiągnie się figury supermodelki. Albo skasowanie rozpoczętej powieści, bo przecież na pewno będzie beznadziejna. Bywa, że jest to rezygnacja z pracy dającej dodatkowe pieniądze, które miały być przeznaczone na wymarzone wakacje. Bo i tak nie uda się odłożyć wystarczającej kwoty.

To może być stłuczenie ulubionego kubka, bo tak.

Katalog głupot, które można zrobić tylko dlatego, że akurat ma się gorszy dzień jest nieskończenie długi. Jak do tego nie dopuścić?

Poczekaj na nowy dzień

Jak mi się zdarzy taki paskudny dzień, to przede wszystkim robię rachunek sumienia. Przypominam sobie co osiągnęłam, co mi dobrze wyszło i ile mniejszych i większych sukcesów odniosłam i nieodmiennie dochodzę do wniosku, że jednak nie ma dramatu. Nic nie wskazuje na to, żeby moje życie było jednym wielkim pasmem niepowodzeń. Szanse na realizację wszystkich planów i zamiarów są dokładnie takie jak były dnia poprzedniego. W sumie nic się nie zmieniło. Zaś podbój świata może spokojnie poczekać jeden dzień. Potem robię dokładnie nic.

Nie biorę się za górę prasowania, nie zaczynam sprzątać ani robić żadnej z tych sensownych rzeczy, które miałam zrobić. Biorę książkę, albo włączam grę komputerową i odcinam się od wszystkiego. Bez wyrzutów sumienia tracę czas i marnuję życie na bezproduktywne czynności. Zwyczajnie odpoczywam.

Kiedyś zmuszałam się do tego by jednak zrobić coś z rozsądnego, ale to naprawdę nie ma sensu. Dzień bez pracy, treningu i czytania naukowych książek nie jest dniem straconym. Każdy potrzebuje regeneracji. Nie tylko fizycznej ale również psychicznej. Dni wolne są potrzebne. Naprawdę każdemu. A w wolny dzień najlepiej jest po prostu nic nie robić.

Każdy ma gorsze dni

Wtedy najlepiej przejść w tryb off-line, zakopać się we własnym domu i obejrzeć film lub poczytać książkę. Zły dzień po prostu trzeba przeczekać. On się kiedyś skończy i jest duża szansa, że następnego dnia sił na podbój świata będzie dwa razy więcej. Grunt to się nie przejmować i dać sobie wolne.

Gorszy dzień to jeszcze nie katastrofa. Dopiero może się nią stać w przypadku próby wykazania nadmiernej aktywności. Z tego powodu najlepiej po prostu usiąść lub położyć się i przeczekać. Złe dni zdarzają się absolutnie każdemu. To całkiem normalne. I trzeba je tak właśnie traktować – jako zupełnie zwyczajny element życia i czas na zajęcie się robieniem niczego.