Co robimy w Internecie?

wpis w: tak było | 0

Internet

Jakoś tak mnie ostatnio naszło, że zaczęłam się zastanawiać co się dzieje z czasem. Odnoszę wrażenie, że minuty mają znaczniej mniej sekund niż miały kiedyś, a co druga godzina w ogóle gdzieś znika, normalnie rozpływa się w powietrzu. Wracam z pracy, jem obiad i zaraz jest 23 i muszę iść spać. Kiedyś tak nie było. Jeszcze na studiach doba była dłuższa, o liceum nawet nie wspominam. Coś się zmieniło i wskazówki zegarka biegną szybciej.

Może mam więcej zajęć?

Z pewnością zajęć nie mam więcej. Śmiem twierdzić, że tych pozadomowych mam nawet mniej niż w okresie szkolnym. Miałam 7-8 lekcji codziennie. Po każdej lekcji średnio 10 minut przerwy, co oznacza, że w szkole spędzałam między 6h15min a 7h10min. Plus oczywiście czas na przed i po lekcjach (zmiana obuwia, przebranie się, itp.). Możemy założyć, że średnio spędzałam w szkole nie całe 7 godzin, czyli godzinę mniej niż spędzam w pracy. Do tego po lekcjach, cztery razy w tygodniu miałam zajęcia dodatkowe trwające półtorej godziny. Łącznie z dojazdami (3 razy po pół godziny: do szkoły, ze szkoły na zajęcia i z zajęć do domu) byłam poza domem, w związku z moimi obowiązkami, przez średnio 9 godzin i 35 minut w dni powszednie. Potem obiad, który musiałam przynajmniej sama odgrzać, a czasem po prostu zrobić i oczywiście odrabianie lekcji. Przy tym wszystkim starczało mi czasu na czytanie książek i nawet jakieś życie towarzyskie, bo zdarzało się, że nie wracałam prosto do domu tylko jeszcze na chwilę szłam do koleżanki, albo z koleżanką na jakąś kawę.

Dziś praca plus dojazdy zajmuje mi 9 godzin (oszczędność ponad pół godziny). Po powrocie odgrzewam obiad i zjadamy go (załóżmy, że na to potrzeba 45 minut), czasem wstawiam pranie (max 10 minut) i zdarza mi się coś uporządkować(powiedzmy, że pół godziny). Co drugi dzień robię też obiad na kolejne dwa dni (niech będzie, że zajmuje mi to 45 minut). Oczywiście nikt nie zadaje mi prac domowych ani lektur do przeczytania, więc jeśli w domu jestem o 17 i zrobię wydarzy się sytuacja ekstremalna i będę robić wszystko co wymieniłam, to teoretycznie najpóźniej o 19.10 powinnam mieć wolne i do dyspozycji prawie 4 godziny. Szczególnie, że opisana powyżej sytuacja jest sytuacja maksymalnego obłożenia pracą domową, która tak naprawdę zdarza się sporadycznie. Z tego prosty wniosek nie mam więcej zajęć niż miałam będąc w liceum. Co swoją drogą jest dość przerażające i mało rozwojowe.

Zajęć mam mniej, ale mam komputer i, co ważniejsze, Neostradę!

Pierwszy komputer dostałam jak miałam 10 lat i był narzędziem. Pisałam na nim artykuły do szkolnej gazetki, potem referaty i wypracowania. Niestety za moich czasów nie uczono w szkole kaligrafii, więc moje pismo odręczne ma więcej wspólnego z pismem linearnym A niż alfabet łaciński. Komputer i drukarka pozwalały na oszczędzenie moim nauczycielom odcyfrowywania hieroglifów.

Wiele lat później, jak miałam zdawać na studia to oprócz nowego komputera pojawił się w domu także Internet. Rejestracja na studia była przez stronę, poza tym moi rodzice uznali, że dostęp do Internetu będzie mi potrzebny.

Od tego czasu Internet stał się częścią mojego życia. Przechodziłam przez różne fazy Internetomaniactwa. Fascynację Facebookiem przeżyłam w roku 2006 i na szczęście trwała ona krótko, a co ważniejsze nigdy nie powróciła. Był moment kiedy świat wirtualny praktycznie zastąpił mi ten realny. Zdarzyło mi się jechać na drugi koniec Europy, żeby spędzić weekend z ludźmi poznanymi  przez Internet. Otrzeźwienie przyszło jak poznałam mojego męża. Prawdziwe życie okazało się ciekawsze niż to, które oferują wirtualne społeczności.

Jednak powrót do rzeczywistości nie spowodował całkowitego rozwodu z Internetem. Internet jest trochę jak jedzenie. Jak się od niego uzależnisz, to masz naprawdę duży problem. Bo w dzisiejszych czasach bez Internetu, jak bez jedzenia żyć –  się nie da. Czy się to komuś podoba czy nie styczność z Internetem mieć będzie.

Co ja tak naprawdę robię?

Z Internetem się nie rozstałam. Rozstałam się tylko z wirtualną rzeczywistością. Widzę, że mój stosunek do Sieci jest o wiele zdrowszy niż był w szczytowym momencie fascynacji wirtualna rzeczywistością. Kiedyś przez 4 godziny, w jakiś dzień wolny od zajęć nie było Internetu z powodu jakiejś awarii, a dla mnie to był jakiś koszmar. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Przecież na pewno czekały na mnie ważne informacje, nie mogłam nic zrobić, nie miała kontaktu z moimi wirtualnymi znajomymi! Moja reakcja na kilku godziną awarię była naprawdę przerażająca. Dziś brak dostępu do Internetu, czy do komputera w ogóle nie rusza mnie ani trochę. Na dłuższą metę pewnie by mi to doskwierało. Jestem przyzwyczajona, że sprawdzam rozkład jazdy autobusów na stronie internetowej, zakupy spożywcze robię przez Internet, płacę rachunki, itd. Słowem komputer z dostępem do Internetu jest mi potrzebny, ale nie wpadam w panikę za każdym razem kiedy z jakiegoś powodu nie mam dostępu do Internetu.

Problem pojawia się wtedy kiedy ten dostęp mam. Internet to kopalnia wiedzy wszelkiej od drzewa genealogiczne jakiegoś nieznaczącego książątka z bocznej linii dynastii panującej  w kraju, którego już nie ma na mapie poprzez zdawkowy opis wydarzeń na drugim końcu świata a skończywszy na dokładnej interpretacji wyników morfologii. Oprócz tego są jeszcze blogi i sklepy z ładnymi rzeczami.

Zawsze zaczyna się tak samo – „sprawdzę tylko…” albo „zrobię tylko…”, ale skoro już otworzyłam komputer i poczekałam te 30 sekund na jego obudzenie się, to…

  • Zobaczę, co słychać w świecie
  • Odwiedzę jakiegoś bloga
  • Zobaczę czy są jakieś nowości w moim ulubionym sklepie
  • Cokolwiek innego

Tak zaczyna się ciąg. Od jednego tekstu do drugiego, od jednego produktu do drugiego. I ani się obejrzę mija godzina albo więcej.

Efekt jest taki, że „nie mam na nic czasu”. Zakładałam sobie, że będę podejmować jakąś aktywność fizyczną co drugi dzień, w praktyce wychodzi mi dwa razy w tygodniu. Książek czytam zdecydowanie mniej niż kiedyś (choć zapewne i tak wyrabiam normę za dziesięć osób 🙂 ). A przez „brak czasu” nie robię wielu fajnych rzeczy. Nie umówię się z nikim, bo przecież w końcu muszę znaleźć czas na posprzątanie, uprasowanie i coś tam jeszcze. Ale kiedy przychodzi co do czego masę czasu tracę na przyglądanie kolejnych stron.

Może jestem dzięki temu mądrzejsza?

Z Internetu można dowiedzieć się wielu rzeczy, ale przecież nie czytam rozpraw naukowych. Bardzo rzadko zdarza się, że przeczytanie tekstu coś mi daje, zbogaca mnie i może dać dobre owoce na przyszłość. Wiem sporo o rzeczach kompletnie nieistotnych, oglądam zdjęcia milusich zwierzaczków, patrzę co ktoś zjadł na obiad, dopisuje kolejne pozycje do listy rzeczy, które kiedyś kupię, ale co mi to daje? Tak naprawdę nic. Bo Internet to w większości mroczne podwórko i czas tam spędzony najczęściej skutkuje poczuciem winy i przekonaniem, że zmarnowało się dużo cennego czasu.

Może jednak jestem trochę mądrzejsza – eksperyment

Postanowiłam ogłosić marzec miesiącem bez Internetu. Na początek postanowiłam mierzyć czas, które spędzam na bezproduktywnym przeglądaniu stron internetowych w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Bo przecież o ile lepiej jest ogłosić o 19 koniec dnia pracy wszelkiej i oddać się jakiejś sensownej rozrywce – pójść do kina, spotkać się ze znajomymi czy poczytać książkę, niż iść spać ze świadomością, że nic się nie zrobiło, a cały dzień przeleciał przez palce. Dlatego przez najbliższy tydzień (23.02-1.03) będę mierzyć czas spędzony bezproduktywnie i bezmyślnie przed komputerem.

Kryteria kwalifikacji do czasu bezproduktywnego:

  1. nie robię nic pożytecznego
  2. spędzam czas w sposób niezorganizowany
  3. jestem “w internetowym ciągu”
  4. przeglądam strony odwlekając w czasie rozpoczęcie wykonywania czynności sensownych

Do tego nie wliczam czasu spędzonego na czynnościach koniecznych do wykonania (np. robienie płatności czy zamawianie zakupów w Tesco) oraz świadomej rozrywki (np. granie w Cywilizację) po wykonaniu obowiązków. Wiem, że to drugie jest w zasadzie również bezproduktywne, ale chodzi mi o sprawdzenie ile czasu tracę zupełnie bez sensu, a granie w gry (w odpowiednim czasie) jest po prostu rozrywką, jak obejrzenie filmu czy przeczytanie książki. Za tydzień postaram się zdać relację z tego eksperymentu.