Moja biegowa przygoda – odc. 3


na macie / 24 października 2018

Nastała jesień, a wraz z nią pogoda, której nie znoszę – zimno i mokro. Jakby tego było mało dzień się zrobił krótki, a powietrze bardziej zanieczyszoczone. W skrócie – wkraczamy w miesiące, którzy szczerze nie znoszę. Na szczęście w tym roku lato szczególnie nas rozpieściło. Od kwietnia do września (a nawet do połowy padziernika) była przepiękna pogoda. Myślę, że wyjątkowo piękna pogoda miała duży wpływ na to, że tym razem bieganie zostało ze mną na dłużej.

Od 5 km do półmaratonu

Kiedy w marcu pierwszy raz od bardzo dawna wychodziłam potruchtać na świeżym powietrzu nie wiedziałam zupełnie czego się spodziewać. Obawiałam się, że nie przebiegnę zbyt dużo. Nie wiem jaki odcinek biegałam wcześniej, bo nie miałam zaawansowanego zegarka z pomiarem wszystkiego. Po prostu biegłam od jednego mostu do drugiego 🙂 Tym razem ruszyłam wyposażona w nowoczesny sprzęt i doświadczenie z bieżni mechanicznej. Wiedziałam jakie tempo na bieżni jest dla mnie komfortowe i tego się trzymałam. Ku mojemu zdziwieniu przebiegłam całe 5 km.

Byłam z siebie na tyle zadowolona, że zdecydowałam się zapisać na pierwszy w życiu bieg uliczny. Nie minął miesiąc a ja była zapisane na kolejne biegi. Pięć miesięcy po pierwszym truchtaniu wzięłam udział w pierwszym półmaratonie, a dwa tygodnie później w drugim.

Gdyby w marcu ktoś mi powiedział, że wezmę udział w półmaratonie, to bym się popukała w głowę. Ale jednak zrobiłam to. I to nawet dwa razy.

Własne doświadczenie najlepsze

W pierwszym porywie entuzjazmu zapisałam się na cały szereg różnych wydarzeń. I choć były chwile zwątpienia, to nie wzięłam udziału tylko w jednym biegu na 5 km. Ale tutaj obiektywnie jestem usprawiedliwiona – zaplenie oskrzeli nie idzie w parze z bieganiem. Rejestrowałam się z dość dużym wyprzedzeniem na różne biegi zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać i przede wszystkim nie mając pojęcia, co mi pasuje i gdzie się będę dobrze czuła. Kierowałam się głównie opiniami innych, bo własnych doświadczeń nie miałam.

Część z tych imprez biegowych była super, inne średnio mi się podobały. Nie zachwyciły mnie biegi z tysiącami uczestników. Bieg Postania Warszawskiego czy Półmaraton Praski, były spoko, ale bez rewelacji. Nie lubię tłumów, a długie oczekiwanie na start też średnio mnie bawi. Zdecydowanie bardziej podobały mi się kameralne imprezy (czy względnie kameralne) z mniejszą liczbą uczestników.

Bazując na tegorocznych doświadczeniach będę wybierać biegi w przyszłym roku. Pewnie wezmę udział również w bardzo dużych wydarzeniach, ale niespodziewając się za wiele ani pod względem wyniku ani atmosfery. Jednak biegi takie jak Bieg Powstania raczej nie znajdą się na szczycie listy biegów, na które czekam.

W sumie to wyszło jak zawsze – jeśli dużo ludzi mówi, że coś jest fajne, to jest spora szansa, że mi się nie spodoba 🙂

Sezon jesień-zima-wiosna

Plany na okres paskudnej pogody mam dość ambitne. To znaczy ambitne jak na mnie. Bo są ludzie, którzy uprawiają sport na zewnątrz niezależnie od pogody. Można przez okrągły rok jeździć do pracy rowerem, biegać czy jeździć na rolkach. Można, ale na szczęście nie trzeba 🙂 Dlatego po króciótkiej przygodzie z bieżnią mechaniczną na początku roku, wracam powoli do biegania na siłowni.

Zamierzam w miarę możliwości wychodzić również w plener. Ale tylko jeśli pogoda będzie sprzyjała. To znaczy, że ma być temperatura powyżej zera i ma nie padać. Zaopatrzyłam się w odpowiednią odzież i będę kożystać ze sprzyjających okoliczności przyrody 🙂 No a poza tym pozostaje siłownia. Zależy mi na tym, żeby na wiosnę nie zaczynać od zera, a co z tego wyjdzie zobaczymy. W każdym razie plany na pierwszą połowę przyszłęgo roku, raczej nie zakładają cofnięcia się w rozwoju przez jesień i zimę 🙂