Moja biegowa przygoda – odc. 2


na macie / 9 czerwca 2018

Za mną trzy miesiące biegania w plenerze i pierwsze sukcesy. Oczywiście takie na moją miarę, czyli trochę leniwej fajtłapy. Przez ten czas udało mi się zejść poniżej 30 minut na pięć kilometrów, a przebiegany dystans zwiększyć do prawie piętnastu kilometrów. Cały czas biegam w tempie zmęczonego żółwia, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Bieganie zwyczajnie sprawia mi przyjemność.

Traktuję bieg jak taki szybszy spacer. Zawsze lubiłam chodzić i z bieganiem jest podobnie. Po prostu biegnę przed siebie i rozmyślam o różnych rzeczach mniej i bardziej poważnych. Świetna sprawa!

Fajnie jest mieć medal

Miłym zwyczajem imprez biegowych jest to, że każdy po dobiegnięciu do mety dostaje medal. Zaczęłam od Biegu Konstytucji Trzeciego Maja i otrzymywanie medalu bardzo mi się spodobało. Sama impreza trochę mnie roczarowała. Nie wiem czego się spodziewałam, ale w sumie było tak jakoś zwyczajnie. No i oczywiście jak na moje potrzeby było za dużo ludzi. Ale dostałam medal i to było super.

Najdziwniejsze jest to, że choć bieg mnie nie zachwycił i do domu wracałam mocno rozczarowana, to zapisałam się już na kolejne biegi. Łącznie z półmaratonem 1 września. Sama w to nie do końca wierzę, ale potwierdzenie w mailu dowodzi, że faktycznie to zrobiłam. Zatem od 5 km w połowie marca mam zamiar dojść (czy raczej dobiec) do 21 na koniec sierpnia.

Trening z prawdziwego zdarzenia

Przy okazji rozwoju mojej biegowej przygody odkryłam, że dzieje się szereg fajnych rzeczy, w których można brać udział. Całkiem niedaleko odbywają się treningi Reebok Run Crew Run Fast. Są to treningi na bieżni tartanowej w dość luźnej atmosferze, ale jednak intesywne. Najlepsze, że są całkiem za darmo. Przy okazji można poznać fajnych ludzi, pogadać i wymienić się doświadczeniami.

Byłam również na nieco większym treningu organizowanym przez Reeboka, na którym miałam okazję testować buty do biegania. Muszę przyznać, że jest gigantyczna różnica między butami z wyższej półki, a takimi zwykłymi, które mam. W związku z tym buty trafiły na listę zakupów, kótra jakby nie chce robić się coraz krótsza.

Zakupoholizmu ciąg dalszy

Faza kompletowania wyposażenia (czyli po prostu kupowania różnych fajnych rzeczy) jeszcze mi nie przeszła. Moja szuflada za sprzętem sportowym powoli się wypełnia a nawet przepełnia Musiałam przecież kupić koszulki, spodenki, bluzy i inne niezbędne rzeczy 🙂

Organizacja, to jak zawsze podstawa

Tak naprawdę większość zakupów była związana z tym, że od jakiegoś czasu nie wyrabiałam się z praniem i prasowaniem. Po prostu musiałam zwiększyć ilość dostępnych sztuk odzierzy sportowej. Bo już od jesieni cykl prania był zbyt często determinowany cyklem treningowym, a to skutkowało tym, że ciągle czegoś brakowało. A to nie było czasu na upranie ręczników, a to białe rzeczy za długo czekały. to było niewygodne i frustrujące.

Teraz wprowadziłam osobne cykle dla odzieży sportowej i osobne dla reszty ubrań. Tym samym nie piorę pojedynczych spodenek na cito, tylko czekam aż mi się zbiorą rzeczy na całe pranie i piorę hurtowo. To pozwala nieco lepiej się zorgnizować i minimalizować ryzyko sytuacji, w której pościel zmieniam nie wtedy kiedy trzeba, ale wtedy gdy w końcu upiorę poszewki na poduszki.

Bransoletka rzecz jasna nie służy usprawnieniu życia codziennego, ale jest po prostu świetna 🙂 Można taką kupić o tu.