Moja biegowa przygoda – odc. 1


na macie / 15 kwietnia 2018

Na początku roku pisałam o tym, że mam zamiar zacząć biegać w plenerze (co było argumentem za kupnem zegarka Garmin 🙂 ). Biorąc pod uwagę, że ostatni raz biegłam dalej niż do przystanku autobusowego 6 lat temu można powiedzieć, że w ogóle nigdy wcześniej nie biegałam.

W marcu pierwszy raz od 2012 roku założyłam buty biegowe i wyszłam potruchtać nad Wisłą. Trochę się obawiałam, że będzie katastrofa i najem się wstydu umierając po pierwszych 5 minutach. Okazało się, że było całkiem nieźle. Przebiegłam 5,2 km w czasie 33:19, czyli znacznie lepiej niż się spodziewałam.

To wciąga

Generalnie sport ma to do siebie, że człowiek się lekko uzależnia. Bieganie okazuje się również mieć tę cechę 🙂 Jak już się zacznie, to ciężko jest przestać. W moim przypadku pewną rolę odgrywa zegarek sportowy, który pokazuje ile przebiegłam i w jakim tempie. Niby drobiazg, ale jednak pomaga zmotywować się do dłuższej aktywności. Z intensywnością sprawa nie jest już taka prosta, bo generalnie jestem leniem. To oznacza, że raczej nie przekraczam pewnej bezpiecznej granicy 🙂

Jak tylko pogoda się poprawiła, to bieganie w zasadzie na stałe zagościło w moim planie treningowym. Trzy czy nawet cztery razy w tygodniu idę trochę pobiegać i nie ukrywam, że sprawia mi to niemałą frajdę. Nie byłam pewna, czy nie zrażę się zbyt szybko, ale na szczęście początki okazały się lepsze niż zakładałam.

Można powiedzieć, że się troszeczkę wciągnęłam 🙂 Pewnie za jakiś czas wszystko wróci do normy, ale na razie trwam w entuzjazmie neofity. Trenując na pół gwizdka (tak jak ja) nie osiąga się spektakularnych rezultatów, ale na szczęcie początkowo nawet takie lenie jak ja robią w miarę szybie postępy. I tak w ciągu miesiąca bez większego bólu zwiększyłam przebiegany dystans i poprawiłam czas 🙂

A na koniec zakupy

Początkowa faza zauroczenia sportem ma to do siebie, że jednocześnie jest fazą wzmożonych potrzeb zakupowych. Człowiek odkrywa całkiem nowy świat “niezbędnych” przedmiotów i rzecz jasna wszystko chciałby mieć. Wraz z rozpoczęciem mojej biegowej przygody lista rzeczy, które koniecznie chcę kupić znacząco się wydłużyła. Ten stan szału zakupowego nie trwa zwykle bardzo długo i wraca dopiero jak człowiek wejdzie na poziom zawodowstwa (tyle, że wtedy naprawdę niektórych rzeczy potrzebuje). Jednak ja na razie jestem raczkującym sportowcem, więc rzecz jasna mam duże potrzeby 🙂 Bardzo ubolewam nad tym, że nie uwzględniłam tych nowo powstałych potrzeb w budżecie, który jakby nie chce się rozciągnąć do odpowiednich rozmiarów.

Odkryłam, że muszę kupić: więcej ciuchów sportowych, bieliznę, drugiego buffa (najchętniej takiego jak mam – z daszkiem), plecaczek do biegania i wałek do rolowania (to akurat naprawdę jest przydatne) i szereg innych rzeczy. Na szczęście zakupoholizm powinien szybko minąć, a nowy rodzaj aktywności w moim życiu pozostać na długo.

Zdecydowanie bieganie polecam każdemu. Ogromną zaletą tej aktywności jest to, że nie zajmuje ona wbrew pozorom dużo czasu – tylko tyle ile trwa sam bieg. Więc w kategorii ekonomicznych czasowo treningów plasuje się na podium tuż obok ćwiczeń w domu.