Jak ćwiczę – styczeń 2018


na macie / 14 stycznia 2018

Zima nie jest dobrym czasem na nic. No może poza spaniem. W zimie naprawdę bardzo dobrze się śpi. Poza tym nic nie robi się dobrze. Koszmarnie źle się wstaje z łóżka i jeszcze gorzej wychodzi z domu. Mogłoby się wydawać, że ta pora roku sprzyja ograniczeniu aktywności fizycznej do tej wykonywanej w domu na własnej podłodze. W moim przypadku tak nie jest.

Gdzie ćwiczę zimą

Jak wracam do domu to już jest noc. Teoretycznie tak nie jest, ale praktycznie jak jest ciemno, to jest noc. Koniec, kropka. A skoro jest noc, to należy iść spać. Względnie poczytać książkę.

Generalnie zimą nie ćwiczę w domu, a przynajmniej stosunkowo rzadko. Wynika to z dwóch przyczyn, która są ze sobą ściśle powiązane. Po pierwsze w ogóle najchętniej nic bym nie robiła, a po drugie paradoksalnie ćwiczenie w domu robi się bardziej skomplikowane – trzeba się przebrać, co zimą zajmuje więcej czasu niż latem i jak już ustaliliśmy nic mi się nie chce, więc również przebierać w strój sportowy.

W związku z ogólnym zanikiem chęci do podejmowania wysiłku po powrocie do domu zimą jestem częstszym gościem na siłowni. Przynajmniej dwa razy w tygodniu, zaraz po pracy idę na siłownię. To pozwala poćwiczyć trochę poniekąd siłą rozpędu – i tak jestem poza domem, a siłownia jest po drodze. Więc mój wyjątkowo negatywnie do zimy nastawiony mózg daje się oszukać i nie protestuje za bardzo przeciwko udaniu się do klubu.

W weekendy również odwiedzam siłownię, co działa albo na podobnej zasadzie jak w tygodniu – robię to wracając do domu, albo po prostu w środku dnia kiedy jest widno i wyjście z domu nie wydaje się tak złym pomysłem jak wtedy kiedy jest ciemno.

To oznacza, że zimą ćwiczę nieco rzadziej niż latem – 3 do 4 razy w tygodniu zamiast 4-5 razy, ale w zamian za to każdy z tych treningów jest dość intensywny. Bo nie opłaca się przebierać, żeby poćwiczyć pół godziny.

Jak ćwiczę

Siłownia daje bardzo duże możliwości. Z których w większości nie korzystam. Mój trening jest stosunkowo prosty. Zaczynam od rozgrzewki, najczęściej na orbitreku, która trwa od 25 do 45 minut. Potem najczęściej biorę się za sztangę. Tutaj, jak nigdy, mam cel. Chcę znaleźć się na podium w konkursie organizowanym co roku na “urodziny” klubu. To nie będzie bardzo trudne, bo zapewne będę jedyną kobietą w zawodach, czyli w mojej kategorii będę tylko ja 🙂 Ale jednak trzeba trochę poćwiczyć, bo jak w ogóle nie podniosę sztangi, to mogą mnie zdyskwalifikować i wtedy z podium nici.

Potem przychodzi czas na trening właściwy. Czyli ciężarki w łapę i machać na różne sposoby. Albo robić wykroki. Maszyn w zasadzie unikam. One są w większości bardzo straszne. Można sobie na przykład złamać paznokieć, co raz mi się zdarzyło. A to naprawdę nie jest fajne.

Odkryłam bieżnię

Bieżnia też wydawała mi się przerażająca, ale postanowiłam ją w tym roku oswoić. Jak mnie ktoś zapyta za rok “co robiłaś w 2018 po raz pierwszy?”, to będę mogła powiedzieć, że pierwszy raz biegłam na bieżni. Na początku było trochę strasznie, ale potem już lepiej. Zamierzam w tym roku zrobić kolejne podejście do biegania w plenerze (i może nawet wziąć udział w jakimś biegu), więc trochę bieżni powinno mi w tym pomóc. Dlatego po zakończonym treningu wchodzę na chwilę jeszcze pobiegać. A tak naprawdę, to chcę sobie kupić zegarek Garmin Forerunner 735xt i trochę głupio jest kupować zegarek do biegania jak się nie biega, co nie? 🙂

W sumie moje zimowe treningi są dłuższe i bardziej intensywne niż letnie, ale jest ich zdecydowanie mniej.