Jak ćwiczę – luty 2019


na macie / 8 lutego 2019

Aktywność jest niezmiennie bardzo ważnym elementem mojego życia. Ciężko mi sobie wyobrazić, że miałabym nic nie robić. Czasami pojawia się leń i sport przekładam na kolejny dzień, ale mimo wszystko jest stałym elementem codzienności. Nie korzystam z żadnych planów czy rozpisek. Sama sobie organizuję treningi i dostosowuję je do tego na co akurat mam ochotę.

Co i jak

Aktualnie moja aktywność opiera się na dwóch filarach – bieganie i rozciągnie/mobilizacja. Uzupełnieniem jest basen oraz ćwiczenia siłowe/wzmacniające. Z tego wszystkiego najwięcej przyjemności sprawia mi bieganie i o dziwno (o czym za chwilę) basen. Pozostałe traktuję trochę jak zło konieczne. Ale jak ktoś z jednej strony dużo siedzi, a potem dużo się rusza, to musi bardzo uważać. Łatwo wtedy o jakąś przykrą kontuzję. Ostatnio mój fizjoterapeuta stwierdził, że ma w zasadzie dwa typy klientów – tych, którzy tylko siedzą oraz takich, którzy do siedzenia dokładają bardzo dużo ruchu. Takich bardziej umiarkowanych w zasadzie nie ma. Ja należę oczywiście do tej drugiej grupy i aczkolwiek lubię mojego fizjoterapeutę, to staram się nie odwiedzać go za często 🙂

Basen

Latem dałam się przekonać, że można chodzić na basen bez uszczerbku dla zdrowia i od tego czasu raz na jakieś czas idę popływać. Czasem co tydzień, czasem co dwa. Zależy jak wyjdzie i jak się czuję. Moja relacja z basen jest w ogóle trudna. Jako dziecko chodziłam na basen raz-dwa razy w tygodniu. Do czasu aż dostałam zapalenia pęcherza, które przerodziło się w zapalenie nerek. Od tego czasu na basen chodziłam naprawdę sporadycznie i zawsze jednocześnie łykając duże ilości żurawiny. Może się to wydawać lekką paranoją, ale  zapalenie nerek nie jest wcale śmieszne, a potencjalne konsekwencje w postaci uszkodzenia nerek są jeszcze mniej śmieszne.

Dopiero teraz, po ładnych paru latach odważyłam się w miarę regularnie chodzić na basen. Ale i tak mimo zachowania środków ostrożności raz w ciągu tego półrocza musiałam ratować się furaginą, która na szczęście jest w tej chwili bez recepty. Na razie korzyści przeważają 🙂

Siłownia i bieganie

Zimą znacznie częściej niż latem goszczę na siłowni. Trochę ćwiczę i biegam na bieżni. Przyczyna jest prosta, o czym już kiedyś pisałam – łatwiej pójść po pracy na siłownię, niż zebrać się jak już się wróciło do domu, jest zimno i ciemno i w ogóle źle. Siłownia sama w sobie jest spoko, ale bardzo szybko zaczyna mnie irytować. Może nie tyle siłownia jako taka, ale cała otoczka a w szczególności ludzie. Hałaśliwe rozmowy w szatni, suszenie suszarką do włosów odzieży, nadużywanie perfum kosztem użycia mydła, stawianie zabłoconych butów w szafkach… Długo można wymieniać. Do tego trzeba dołożyć konieczność rozbierania się z licznych warstw a potem ubieranie się znowu w te wszystkie warstwy. Słowem siłownia nie jest na liście moich ulubionych miejsc, ale lepszy rydz niż nic.

Przy sprzyjających warunkach atmosferycznych biegam normalnie na zewnątrz i wtedy odpuszczam siłownię.  Jednak grudzień i styczeń zdecydowanie nie sprzyjają aktywności na dworze. Jest ciemno, zimno i źle. Jasne, że można biegać czy jeździć na rowerze nawet przy silnym mrozie, w śniegu i wietrze. Ale mnie to kompletnie nie kręci. Przede wszystkim nie lubię jak jest ślisko. Ślisko = najgorzej! Zawsze boję się, że wywinę orła i zrobię sobie krzywdę. W takich sytuacjach pozostaje tylko siłownia. Pocieszam się, że powoli wkraczamy w ten czas, kiedy siłownia będzie całkiem zbędna 🙂

Własna podłoga

Podłogę w domu lubię niezmiennie. Zawsze dostępna, wygodna i przyjazna. Nie trzeba się jakoś specjalnie przygotowywać do ćwiczeń, można zacząć w dowolnym momencie i nie ma problemu, że czegoś zapomniało się zabrać. Normalnie cud, miód i orzeszki. W domu ćwiczę prawie codziennie, niezależnie od innych aktywności. Rozciągam się, robię ćwiczenia zalecone przez fizjoterapeutę, wzmacniam i roluję. Niby pierdoły, ale bardzo ważne i konieczne. Na te uzupełniające ćwiczenia poświęcam między 15 a 45 minut prawie każdego dnia.

Z czasem rośnie liczba sprzętów i akcesoriów, które mam w mieszkaniu. Kiedyś miałam tylko matę i korzystałam z butelek wody jako ciężarków. Teraz mam matę, ciężarki 1kg i 2kg, minibandy, taśmy i gumy do ćwiczeń, roller i różnej wielkości piłeczki. Wykorzystanie tego wszystkiego pomaga ograniczyć częstotliwość wizyt u fizjoterapeuty. Te domowe ćwiczenia to w zasadzie jedyna rzecz, z której nigdy nie rezygnuję. Kiedyś miałam skłonność do zapominania i odpuszczania. Po wizycie u rehabilanta przez jakiś czas sumiennie wcielałam w życie zalecenia. A potem przerwy robiły się coraz dłuższe aż w końcu znowu coś zaczynało mnie boleć i uświadamiałam sobie, że od ostatnich ćwiczeń minął szmat czasu. Dlatego od czerwca ubiegłego roku bardzo pilnuję systematyczności.

Byle do wiosny

Kolejne słoneczne dni zwiastują zbliżającą się wiosnę. Naprawdę nie mogę się już doczekać długich, ciepłych dni, przyjemnego biegania w plenerze, wycieczek rowerowych i pieszych i tego wszystkiego co powoduje, że lato jest tak fantastyczną porą roku. Co roku staram się po prostu przetrwać zimę, ale mam wrażenie, że zaczyna mi ona doskwierać z roku na rok coraz wcześniej. W tym roku już pod koniec stycznia miałam serdecznie dość. Ale pocieszam się, że już bliżej jak dalej 🙂