IX Półmaraton Szelkowski


bieganie, na macie / 15 maja 2019

Ten bieg wyjątkowo wynalazł mój mąż. Zwykle to ja jesem naszym głównym biegowym poszukiwaczem, planowaczem i logistykiem. Ale tym razem było inaczej – Tomek wysłał mi link do wydarzenia na Facebooku, a mnie nie trzeba było długo namawiać. Zapisywanie na biegi przychodzi mi z ogromną łatwością. Zwłaszcza z dużym wyprzedzeniem. Im dłuższe perspektywa tym więcej biegów potrafię umieścić w kalendarzu. A potem dokładam kolejne, bo też są świetne.

Dystans półmaratonu jest fajny – taki w sam raz, żeby opłacało się gdzieś pojechać i po powrocie jeszcze być żywym.  A lokalne biegi są świetne po prostu. Liczba uczestników jest na ludzką miarę, jest się mniej anonimowym i atmosfera jest znacznie lepsza. Widać zaangażowanie organizatorów, wolontariuszy i miejscowej społeczności. I to jest najlepsze. Dlatego nie miałam wątpliwości, że Półmaraton Szelkowski mi się spodoba.

Przed startem

Na śniadanie zjadłam tradycyjna bułkę z dżemem i ruszyliśmy w drogę. Do Szelkowa z Warszawy jest kawałek. Na miejscu znaleźliśmy się kwadrans po 10, a start był przewidziany na 11. Akurat mieliśmy dość czasu, żeby odebrać pakiet i się przebrać. Pakiet był w ładnym, dużym czerwonym worku. A składały się na niego wafelek, woda i koszulka. Naprawdę sporo biorąc pod uwagę opłatę (30 zł).

Biuro zawodów było zorganizowane w budynku szkoły na sali gimnastycznej. Szatnie były w szkolnych szatniach – czyli najlepsze warunki jaki można sobie wyobrazić. Obawiałam się, że pogoda nie dopisze, ale wbrew prognozom było bardzo ładnie – ciepło i słonecznie.

Po przebraniu się zjadłam jeszcze żel i byłam gotowa do biegu. Przed startem  wszyscy uczestnicy z panem wójtem na czele poszli pod pomnik poległych w bitwie w 1920, żeby złożyć wieniec. Podobno tak jest co roku. Moim zdaniem to bardzo dobra tradycja, która sprzyja budowaniu lokalnej wspólnoty i jednocześnie pomaga włączyć w nią biegaczy.

Lecimy przed siebie

Przed biegiem spojrzałam na listę startową, więc wiedziałam dwie rzeczy, że uczestniczek jest na tyle mało, że jest spore ryzyko zajęcie ostatniego miejsca, oraz że uczestniczek jest na tyle mało, że jest szansa na podium. Te informacje wpłynęły na cały bieg. Wcześniej zakładałam bieg w podobnym tempie jak w Wiązownej czyli na wynik między 2.05 a 2.10. Nawet tuż przed startem miałam takie plan, ale wraz ze strzałem startera plan wziął w łeb.

Zaczęłam od tego, że nie włączyłam zegarka. Ale zreflektowałam się wystarczająco szybko, żeby móc śledzić tempo. Pierwszy kilometr przebiegłam w tempie 5:40, czyli zdecydowanie za szybko jak na zamierzony wynik. Nie wiem czy zdecydowały emocje, czy tłum, ale wystartowałam o wiele szybciej niż tempo docelowo.  Potem trochę zwolniłam do bezpieczniejszego tempa, ale nogi same mnie niosły. O dziwo tempo w okolicy 5:40min/km było całkiem komfortowe i wygodne.

Mniej więcej po przebiegnięciu 7,5 km zjadłam pierwszy żel i kontynuowałam bieg w zadziwiająco szybkim tempie. Trasa to były dwie pętle, co zwykle lubię. Drugą pętle biegnie się łatwiej, bo już wiadomo, co za chwilę będzie. Tym razem jednak ten scenariusz zadziałał na moją niekorzyść. Biegnąc pierwszą pętlę widziałam (lub zdawało mi się, że widzę) punkt odżywczy około 15 kilometra. Pomyślałam sobie, że to akurat idealnie się składa, bo zjem drugi żel i napiję się wody.

Pierwsze 15 km biegło mi się świetnie. Biegłam spokojnie, nogi same mnie niosły i utrzymanie tempa wydawało się rzeczą najprostszą na świecie. Do 15 km wydawało się realne pobiec nawet poniżej 2 godzin. Podziwiałam widoki, pozdrawiałam ludzi na trasie, którzy wychodzi przed domy, żeby nam kibicować i po prostu cieszyłam się biegiem. Nie zatrzymywałam się przy punktach odżywczych, bo miałam swojego softflaska i zamierzałam napić się dopiero po zjedzeniu drugiego żelu.

Zaraz umrę

To wszystko były tylko miłe początki, które miały uśpić moją czujność. Kłopoty zaczęły się w miejscu, w którym sięgnęłam po drugi żel. Okazało się, że nie tam punktu odżywczego. Jestem przekonana, że wcześniej był. Chociaż Tomek mówi, że nie było. Śladem po nim był czarny worek na śmiecie, do którego wrzuciłam opakowanie po żelu. Tak czy siak punktu nie było, a w moim softflasku zostało bardzo mało wody. Co gorsza zaczęłam czuć, że tracę moc. Przez chwilę łudziłam się, że zjedzony żel doda mi energii. Ale po kolejnym kilometrze w tempie powyżej 6:00 min/km wiedziałam, że nic z tego. Do końca będę lecieć na oparach. Jakby tego było mało pojawił się wiatr. Czułam się jakbym była ciężko chora. W środku gorąco, a na zewnątrz zimno – miałam wrażenie jakby miała gorączkę. Kiedy spojrzałam na wskazania tętno, to zdziwiłam się, że moje serce potrafi tak szybko bić.

To było ciężka walka o każdy krok. O to, żeby jednak biec, żeby nie usiąść na poboczu i nie poczekać na jakąś podwózkę. O to, żeby nie poddać się i trzymać w miarę sensowne tempo – przecież miałam szansę na podium. Do tego poczułam się zwyczajnie głodna. Chciało mi się pić, byłam głodna i nie miałam siły. Ale biegłam przed siebie. Chyba kilometr (a może trochę więcej niż kilometr?) przed metą dogonił mnie mąż i od tego momentu biegł ze mną ciągnąc mnie do mety. To mnie trochę zmotywowało i jednak do końca biegłam a nie pełzłam, chociaż końcówka była dramatycznie słaba.

Meta

IX półmaraton Szelkowski ukończyłam jako 7 kobieta, zajmując 3 miejsce w kategorii wiekowej. Uzyskałam czas 2:02:30, co nie wydawało mi się możliwe przed tym biegiem. Obiektywnie nie jest to wynik wybitny, ale dla mnie jest to ogromny sukces, którego się nie spodziewałam. Wolałabym, żeby obyło się bez kryzysu, ale w dużej części sama go sobie zawdzięczam. Zjadłam śniadanie za wcześnie przed biegiem, w trakcie biegu prawie nie piłam i za późno zjadłam drugi żel.

Na metę wbiegłam półprzytomna. Wzięłam medal – statuetkę i usiadłam z boku drogi. Wolontariusze czekali z wodą i czekoladą, więc się poczęstowałam kawałkiem i wypiłam odrobinę wody. Ale to wszystko było mało. Poszliśmy zjeść. Posiłek regeneracyjny w postaci zupy był bardzo smaczny, ale mnie się cały czas chciało pić. Zrobiłam sobie kawę, ale marzyłam o dużej butelce wody. Zjadłam zupę i wzięłam jeszcze jogurt pitny, który czekał na biegaczy. Spełnienie moich marzeń czekało na mnie w szatni w postacie wody z pakietu startowego i izotonika, który przywieźliśmy z domu.

Przebrałam się, wypiłam izotonik w zasadzie jednym haustem. Potem podobnie zrobiłam z wodą. I cały czas było mi mało. Mieliśmy jeszcze herbatę w termosie przywiezioną z domu, więc i na herbatę się rzuciłam niczym wędrowiec na pustyni, który dostrzegł oazę. Trochę mi się poprawiło i mogłam czekać na dekorację.

 

Pierwszy raz zajęłam miejsce na podium. Bardzo fajne uczucie 🙂 Zwłaszcza, że wybiegany wynik naprawdę kosztował mnie bardzo dużo wysiłku. Całkiem nieskromnie przyznam, że jestem z siebie dumna.