DOZ Maraton Łódź – część 2


bieganie, na macie / 9 kwietnia 2019

Do Łodzi pojechaliśmy w sobotę pociągiem ŁKA-Sprinter. Łódzka Kolej Aglomeracyjna dla osób biorących udział w wydarzeniu oferowała w weekend darmowe przejazdy na terenie województwa łódzkiego a także na trasie Warszawa-Łódź. Uważam, że to naprawdę świetny sposób wsparcie imprezy i zawodników. Oczywiście skorzystaliśmy z oferty i z wydrukowanymi voucherami wsiedliśmy do pociągu. Komunikacja miejska w Łodzi również była dla biegaczy za darmo 🙂

Z dworca pojechaliśmy do Atlas Areny odebrać pakiety. A tam czekało na nas EXPO… które nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Były jakieś stoiska. Trochę odzieży sportowej, jakieś żarcie, suplementy i gadżety. Na ścianie duży plakat z trasą. Poszliśmy po pakiet, wzięliśmy koszulki i tyle. Podobno było jeszcze pasta party, ale nie wiem gdzie. Tutaj mam małe zastrzeżenie do osób wydających pakiet, bo wśród wielu informacji, które nam przekazano nie było informacji o pasta party właśnie. Niemniej nie mieliśmy w planach stołowania się nie mieście, więc nie czuję się pokrzywdzona.

Gorączka przedstartowa

Wieczorem przed biegiem zjadłam dynię z ziemniakami i kawałek ciasta drożdżowego. Plan był taki, żeby w miarę wcześnie iść spać i wstać o wpół do 7. Start miał być o 9, więc na miejscu chcieliśmy być koło 8.20. Na początek problemy z zaśnięciem. W nieswoim łóżku zawsze zasypia się gorzej, a jeszcze stres związany z udziałem w biegu zrobiły swoje. Na szczęście z pobudką przynajmniej nie było problemu. Na śniadanie ciasto drożdżowe z dżemem, szybka sesja zdjęciowa przed domem i byliśmy gotowi na wszystko.

Wiadomo, że bieg bez przygód to nie bieg. Dlatego, żeby nie było nudne przed startem się zgubiliśmy. Nie wszyscy razem się zgubiliśmy, tylko zgubiliśmy siebie na wzajem. Stan przedzawałowy udało się osiągnąć jeszcze przed wystrzałem startera. W końcu udało nam się znaleźć i z zapasem dwóch minut wdarliśmy się do naszej strefy startowej. Wolontariuszka już zamykała barierki, ale głośny krzy “jeszcze my, jeszcze my” ją powstrzymał i udało nam się znaleźć we właściwym miejscu i nawet na czas.

Biegniemy

Start był zorganizowany w najlepszy możliwy sposób. Wprawdzie były strefy startowe, ale one były bardziej proforma. Start był wspólny – po prostu wszyscy przesuwaliśmy się do przodu. Obawiałam się, że to będzie, jak często na biegach, osobny start dla każdej strefy, co jest po prostu straszne. Na szczęście start był jeden, więc po wystrzale startera szybciutko przekroczyliśmy linię startu i zaczęliśmy najdłuższy bieg w naszym dotychczasowym życiu.

Założenie było proste: biegniemy 15 minut, potem minutę idziemy. Techniki rzecz jasna nie przećwiczyliśmy. Mieliśmy to zrobić w poprzedni weekend, ale Tomek był chory. Życie. Pogoda była cudowna. Obawiałam, że może być zimno albo padać. A było cieplutko, od czasu do czasu pojawiał się przyjemny wiaterek. Można było z przyjemnością biec na krótko. Ja wzięłam jeszcze na start rękawki, które potem zsunęłam.  Biegło mi się przeciętnie. Ani źle ani dobrze. Tak po prostu zwyczajnie. Poza programem zrobiliśmy przerwę na toi-toia i dłuższą przerwę po 8 kilometrach. Musieliśmy zmienić repertuar w słuchawkach – z mszy radiowej przejść na muzykę, zjeść pierwszy żel i przeorganizować odzież, bo było już dość ciepło.

Najdłuższy bieg w życiu

Pierwsza połowa minęła mi dość szybko, a potem wpłynęliśmy na nieznane wody. Dystans półmaratonu był naszym dotychczasowym szczytowym osiągnięciem. Między 25 a 30 kilometrem zaczęło boleć. Ale tak naprawdę kryzys miałam znacznie później – przed 36 kilometrem. To nie było nic konkretnego, po prostu było mi źle, czułam się trochę jak po borowaniu zęba bez znieczulenia. Nie w trakcie, ale właśnie po. Jeśli ktoś sobie kiedyś zafundował taką przyjemnoś, to wie o czym mówię. Chciałam, żeby mnie ktoś przytulił i na szczęście obok był ktoś, kto mnie przytulił. Wziął za rękę i pociągną dalej. To była najfajniejsza chwila w trakcie biegu.

Jacyś ludzie nawet skomentowali, że to bardzo romantyczne. Nie wiem, czy to było romantyczne. To było po prostu cudowne. Tomek wziął mnie za rączkę i poprowadził dalej jak małe dziecko, którym się wtedy czułam. Niektórzy nie lubią biegać ze swoją drugą połówką, ale dla mnie to jest super. Na długich dystansach oczywiście. To poczucie, że nie jestem sama, że ktoś się mną zaopiekuje w razie potrzeby jest najlepsze na świecie.

Kryzys jak się pojawił tak zniknął. Cały czas było ciężko, ale tak zwyczajnie, fizycznie. Po prostu trzeba było zmęczone i protestujące mięśnie zmusić do pracy. Nie było to może jakoś szczególnie przyjemne, ale daliśmy radę. Na metę wbiegliśmy trzymając się za ręce.

Ach ten maraton

Wbiegliśmy na metę, grała muzyka, spiker wyczytywał nazwiska zwycięzców i tyle. Nie wydarzyło się nic specjalnego. Żadnych szczególnych emocji związanych z ukończeniem królewskiego dystansu. Bieg jak bieg. Podobno po dobiegnięciu na metę maratonu człowiek wznosi się na wyższy poziom czegoś tam. Odczuwa niesamowitą radość czy coś tak innego. Ja nie odczułam niczego specjalnego. Pobrałam wodę, medal i breloczek i starałam się jak najprędzej opuścić bardzo głośną strefę mety. Posiłku regeneracyjnego nie jadłam, bo o ten zadbała teściowa 🙂

To był dla nas bardzo trudny i wyczerpujący bieg. Nie było oczywiście żadnej ściany, bo akurat strategia tak samego biegu jak i jedzenia to były jedyne rzeczy, które mieliśmy opracowane. Bolało, momentami mocno. Ale to dlatego, że po prostu zwyczajnie nie przygotowaliśmy się do tego biegu. Ba, nawet nie próbowaliśmy się przygotować. Jadąc do Łodzi wiedzieliśmy, że ten bieg nas sponiewiera i to ostro. Liczyliśmy się z bólem i potwornym zmęczeniem. Było mniej źle niż się spodziewałam. Byliśmy odwodnieni, ale dość szybko zaczęłam normalnie sikać. Nogi bolały, ale do przeżycia. Myślałam, że dwa dni po maratonie będziemy umierać w męczarniach, a w gruncie rzeczy już na drugi dzień doszliśmy do siebie.

Trasa w Łodzi była bardzo przyjemna i ładna, a sama impreza świetnie zorganizowana. Atmosfera, punkty kibicowania i wolontariusze – pierwsza klasa.

Tego się nie spodziewałam

Ale jakieś straty muszą zawsze być 🙂 Dość mocno się opaliłam (żeby nie powiedzieć spaliłam) i to miejscami w dość kretyński sposób ze względu na strój, w którym biegłam. Rąk i nóg nie posmarowałam, bo tak wyszło. Natomiast twarzy nie smarowałam celowo licząc się z działaniem słońca. Przed wyjazdem dostałam uczulenia i po prostu bałam się, że moja skóra źle zareaguje na krem przeciwsłoneczny.

Jedna rzecz mnie dość mocno zaskoczyła – nie byłam specjalnie głodna. Myślałam, że po maratonie zjem konia z kopytami. I nawet byłam trochę rozczarowana, że jakoś jedzenie nie wchodzi mi tak dobrze. Ja naprawdę chciałam zjeść dużo dobrych rzeczy. A tu nic z tych rzeczy – zjadłam w miarę normalnie i czułam się najedzona. Było mi bardzo przykro. Nawet myślałam, że może to wynik ogromnego wysiłku, na który naraziłam mój biedny organizm. Ale następnego dnia też nie byłam jakoś bardziej niż zwykle głodna. Zjadłam śniadanie z apetytem, ale wcale nie miałam ochoty wyjeść wszystkiego z lodówki. Więc jako pretekst do zjedzenia dużej ilości pyszności maraton się nie sprawdził 😉

Ku przestrodze

Czuję się w obowiązku napisać kilka słów wyjaśnienia. Ukończyliśmy maraton bez żadnych wcześniejszych przygotowań. Nie odbiło się to negatywnie na naszym zdrowiu. Bolało, ale do przeżycia. Byliśmy zmęczeni i sponiewierani, ale w graniach rozsądku.

Tylko, że oboje jesteśmy od bardzo dawna bardzo aktywni fizyczni. Ja będąc dzieckiem i nastolatką uprawiałam sport wyczynowo. Tomek też trenował, brał udział w rajdach. Ruszamy się naprawdę nieprzeciętnie dużo. Dbamy o dietę. Wiemy, że regeneracja jest równie ważna jak trening. Umiemy przygotować strategię na długi wysiłek. Regularnie się badamy i znamy nasz stan zdrowia. Nasze organizmy nie były przygotowywane stricte do maratonu, ale to też nie jest tak, że po prostu z marszu przebiegliśmy maraton.

Zdecydowaliśmy się na start w pełni świadomie. Liczyliśmy się z nieprzyjemnościami, ale wiedzieliśmy, że trwale sobie nie zaszkodzimy. Maraton bez przygotowania boli. Boli nawet osobę ogólnie bardzo wysportowaną.

Co dalej?

Nie, nie jest to mój ostatni maraton. Już jadąc do Łodzi wiedziałam, że to dopiero początek drogi.