DOZ Maraton Łódź – część 1


bieganie, na macie / 8 kwietnia 2019

Od samego początku to był szalony pomysł. Wszystko zaczęło się od kilku słów. Co jakiś czas mój mąż powtarzał, że chciałby przebiec maraton. Początkowo nie brałam tego poważnie. Ale kiedy przed półmaratonem w Radzymienie Tomek oświadczył, że jeśli dobrze nam pójdzie to zapisze się na Maraton Warszawski stało się jasne, że sprawa jest jak najbardziej poważna. Są ludzie, którzy dużo mówią co by zrobili. Ja po prostu robię. Dlatego w zasadzie natychmiast zapadła decyzja – w 2019 roku biegniemy maraton. Pozostało wybrać który.

Początkowo miał to być Wrocław. W 2018 bieg był w pierwszej połowie września i termin wydawał się całkiem przyjemny. Potem okazało się, że 2019 zawody odbędą się tydzień później. Zaczęłam się wahać. Później jest większe ryzyko niefajnej pogody. Poza tym Wrocław jest daleko. Powrót 4 czy 5 godzin po maratonie nie wydał się aż takim świetnym pomysłem. A z drugiej strony zostawać na kolejny dzień też bez sensu. Zaczęliśmy celować w Warszawę. Ale bez specjalnego entuzjazmu.

Maraton Warszawski ma wiele zalet. Jest na miejscu. Z naszego punktu widzenia bardziej na miejscu być nie może, bo start i meta są w zasadzie pod domem. Problem depozytów czy toalety w zasadzie by nie istniał. Wyszlibyśmy z domu 5 minut przed startem naszej strefy, a po biegu moglibyśmy od razu zagrzebać się w koc na kanapie. Ale to wszystko nie rekompensuje jego wad. Jest pod koniec września, więc pogoda jest bardzo niepewna.  A ta sama temperatura we wrześniu jest znacznie mniej przyjemna niż w marcu czy kwietniu. Poza tym startuje mnóstwo ludzi, jest ciasno i tłoczno. No i jest drogo.

A jednak Łódź

Kiedy podano datę Maratonu Łódzkiego początkowo w ogóle nie zwróciłam na niego uwagi. Nastawialiśmy się przecież na jesień. A potem zaczęłam czytać, że nowi organizatorzy zapewniają świetną imprezę. I tak któregoś dnia w październiku czy na początku listopada idąc na basen mówię do Tomka “A może by tak spróbować w Łodzi? Marszobiegiem od samego początku”.

Łódź pod prawie każdym względem bije na głowę Warszawę. Nie jest bliżej, bo bliżej być się nie da. Ale mimo wszystko jest względnie blisko i mamy tam rodzinę. Jest znacznie tańsza. Jest na wiosnę, więc względne odczucie pogody jest znacznie lepsze niż we wrześniu. I startuje mniej osób. A z mojego punktu widzenia zaleta (i to chyba największa) jest jeszcze jedna – bieg jest po prostu znacznie wcześniej. A ja nie lubię czekać. Maraton w tym roku to był taki trochę obowiązek do odhaczenia. Im szybciej będzie z głowy, tym prędzej będzie można zająć się innymi rzeczami. Czekanie aż do końca września byłoby dla mnie bardzo męczące.

Zatem stanęło na tym, że w kwietniu 2019 pojedziemy na DOZ Maraton i pokonamy królewski dystans marszobiegiem.

Przygotowania

Gdyby to dotyczyło kogoś innego to pewnie znalazłby się tu szczegółowy opis planu treningowego, a być może nawet informacja o korzystaniu z usług trenera. Ale to dotyczy nas, a nie kogoś innego. Plan na przygotowanie był taki, żeby mniej więcej jakoś biegać przez całą zimą. I w miarę możliwości więcej niż 5 km na bieżni na siłowni. Tak żeby nie zapomnieć jak się poruszać do przodu. Do tego jakiś trening wzmacniający i czasem basen. Ja nawet przebiegłam dwa półmaratony 🙂

W ramach przygotowań staraliśmy się ogólnie dbać o zdrowie, żeby nie złapać jakiejś infekcji. Co udało się mniej więcej w 50%, czyli w zasadzie nie udało się. Bieg wypadł w czwartą niedzielę Wielkiego Postu, więc mieliśmy pewność startu z dobrze zregenerowaną wątrobą 🙂 Cztery tygodnie bez alkoholu i słodyczy znacznie zminimalizowało ryzyko konieczności przeszczepu wątroby bo biegu maratońskim. Ryzyko incydentu sercowo-naczyniowego przy naszym tempie i sposobie biegania jest raczej niewielkie. Odpowiednie nawadnianie przed i po biegu w zasadzie zabezpiecza przed trwałą niewydolnością nerek. A w zasadzie to są jedyne rzeczy, których obawiam się w kontekście biegów długodystansowych. Ze wszystkim innym można sobie poradzić.

Ostatnia prosta

Uniknięcie chorób udało nam się prawie. Najpierw ja miałam infekcję na początku marca. Niby nic poważnego, ale jednak. A potem na półtora tygodnia przed TĄ DATĄ Tomek się zatruł. Coś, co w zasadzie nie miało prawa się zdarzyć jednak się zdarzyło. Na szczęście trwało to krótko i nie miało jakichś poważniejszych konsekwencji. Ale mimo wszystko zatrucie bardzo osłabia.

Ostatni tydzień przed startem to było kompulsywne sprawdzanie prognozy pogody. Bo 7 kwietnia równie dobrze może być 20 stopni i słońce jak 2 i śnieg z deszczem. Im bliżej niedzieli tym prognoza robiła się bardziej optymistyczna. Dlatego do walizki trafiły dwa zestawy ciuchów – trochę cieńszy i trochę cieplejszy. Ostateczną decyzję w czym biegniemy mieliśmy podjąć już na miejscu.

Na trzy dni przed biegiem trochę zmodyfikowaliśmy naszą dietę (ja bardziej ze względu na skłonność do problemów żołądkowych). Typowy protokół ładowania węglowodanów zakłada w pierwszym okresie dietę niskowęglowodanową, a potem zwiększenie podaży węglowodanów nawet do 8g (czy czasem 10g) na kg masy ciała. Jednak takie postępowanie z dietetycznego punktu widzenia ma umiarkowany sens – mechanizm kompensacji jest mitem. W naszym przypadku zmiana diety polegała po prostu na zwiększeniu udziału węglowodanów, a w moim przypadku dodatkowo na ograniczeniu się do dobrze znanych łatwostrawnych potraw i ciasta drożdżowego teściowej już na miejscu 🙂