39. Półmaraton Wiązowski


bieganie / 25 lutego 2019

Nie lubię zimy i jestem strasznym zmarźluchem. Ubiegłoroczny Półmaraton Praski był koszmarnym niewypałem, bo zmarzłam czekając na start. W połowie sierpnia Nocną Dychę w Toruniu biegłam w kurtce. W zasadzie można uznać, że zawsze i wszędzie jestem najcieplej ubraną osobą. Kiedy na początku jesieni stwierdziłam, że nawet zimą (o ile nie będzie padać i nie będzie ślisko) będę biegać w terenie, trochę sama powątpiewałam w te deklaracje. Bo zimno, bo ponuro, bo źle. A jednak wyszło całkiem przyzwoicie.

I tak właśnie biegnąc sobie przy temperaturze oscylującej wokół zera pomyślałam sobie, że może bym się zapisała na Półmaraton w Wiązownej. Wróciłam do domu i pochwaliłam się pomysłem mężowi, który spojrzał na mnie z politowaniem i popukał się w głowę. Ale on w ogóle uważa bieganie przy niskich temperaturach z objaw choroby umysłowej. Dlatego nie przejęłam się specjalnie i jak tylko otworzyli zapisy zgłosiłam się. Nie chciałam czekać, żeby mnie przypadkiem jakieś wątpliwości nie naszły.

Przygotowanie

Teraz powinnam napisać jak to się ładnie i sensownie przygotowywałam przez ostatnie dwa miesiące do tego biegu. Prawda jest taka, że przygotowywałam się dokładnie tak samo, czyli wcale. Biegałam normalnie, po mojemu, testowałam nowe buty i starałam się przy tym dobrze bawić. Przy sprzyjających warunkach na zewnątrz, a jak było naprawdę paskudnie, to na siłowni.  I tak sobie zleciał grudzień, styczeń i luty. Jeśli w moim bieganiu w tym okresie kryła się jakaś myśl, to była ona głęboko ukryta, zwłaszcza, że nie traktowałam tego półmaratonu jako najważniejszego w moim życiu.

Pod sensowne przygotowanie można podciągnąć jedynie reżim dietetyczny przez dwie doby przed startem oraz brak aktywności fizycznej. Zależało mi przede wszystkim, żeby przebiec na luzie i spokojnie ukończyć bieg. Brak sił na długim biegu w środku lata jest nieprzyjemny, ale zimą to byłoby naprawdę przykre.

Ze względu na porę roku logistyka była nieco większym wyzwaniem. Nie bardzo da się pojechać, pobiec i wrócić w tej samej odzieży. To znaczy da się, ale to nie wydało mi się dobrym pomysłem. Zatem musiałam zabrać ubranie biegowe w plecaku i dopiero na miejscu się przebrać.

Przed startem

Przez ostatnie dni przed biegiem kompulsywnie sprawdzałam prognozę pogody. Był taki moment, kiedy rozważałam rybaczki zamiast długich legginsów. Ale ostatecznie prognoza pokazała maksymalnie 5-6 stopni, więc zrezygnowałam z tego pomysłu. Zasadniczo zawsze jestem najcieplej ubraną osobą na biegu i tak był (jak sądzę) również tym razem. Moje podejście do komfortu termicznego jest zupełnie inne niż większości – uważam, że lepiej ubrać się za ciepło niż zmarznąć.

Do Wiązownej dotarłam chwilę przed 11, czyli na godzinę przed startem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to  bardzo duża liczba ludzi. Biuro zawodów i cała baza mieściło się w szkole i było naprawdę ciasno. Chwilę zajęło mi znalezienie miejsca, gdzie można odebrać pakiet. W pakiecie był worek na buty i komin. Koszulki nie kupowałam. Potem poszłam się rozejrzeć i zlokalizować szatnie oraz depozyty. Na korytarzach, a zwłaszcza na klatkach schodowych ciężko było się poruszać. Z wiadomych przyczyn biegacze raczej gromadzili się wewnątrz a nie na zewnątrz.

Zbadałam ile czasu będę potrzebowała na dotarcie z budynku na start i poszłam się przebierać. I tu pojawił się pierwszy zonk. Były wydzielone strefy damska i męska. Wchodzę do części do damskiej i co widzę? Widzę trzech dziadów siedzących sobie spokojnie na ławeczce w damskiej przebieralni. Rozumiem, że nastolatki podglądają dziewczyny w szatni, ale żeby dorośli faceci pchali się do damskiej? Uważam, że to jest naprawdę zerowe.

Jak zwykle najbardziej irytowali mnie ludzie. Jazgoczące, piszczące i chichoczące idiotki w szatni. Faceci, którzy zabłądzili i zamiast iść do męskiej postanowili okupować damską. Pchające się w kolejce do toalety osoby startujące w biegu zaczynającym się później. Osoby wymachujące rękoma przed startem bez zważania na stojących obok. Ustawianie się do zdjęcia depcząc innym po nogach. Głośna rozmowy. Komentarze.

Biegniemy

Ustawiłam się tuż przed balonikiem na 2:10. Patrząc na tempo jakim zwykle biegałam dłuższe wybiegania szacowałam, że powinnam ukończyć bieg w czasie między 2:05 a 2:10. Miejsce przed zającem na 2:10 wydało mi się najbardziej adekwatne. Od początku spokojnie sobie tuptałam starając się w ogóle nie zwracać uwagi na otaczających mnie biegaczy. Niestety jak zawsze musieli znaleźć się tacy, którzy chcieli sobie pogadać lub coś skomentować. Nie znoszę gadania podczas biegania. Jak chcę pogadać to idę z kimś na kawę. Jak biegnę to po to, żeby być sama ze swoimi myślami.

Komentarzy też nie lubię. Nikomu nic do tego jak ktoś jest ubrany czy jakiego koloru ma włosy. Kibiców też czasem nie lubię. Czasem są spoko, ale często są po prostu wkurzający. Zwłaszcza ci, którzy już ukończyli bieg, stają w pewnej odległości od mety i informują biegnących, że już mają blisko. Naprawdę jeśli już widać metę, to nie trzeba komentarza, żeby wiedzieć, że do mety jest blisko. Jeśli ktoś chce pokibicować to niech krzyknie coś w rodzaju „super, dobrze ci idzie!”, a nie informuje o oczywistych faktach. Najbardziej jednak rozwalił mnie doping jakiegoś gościa, który krzyknął do swojej koleżanki „dajesz dupcia, dajesz”. Na miejscu tej dziewczyny odwróciłabym się i dała w mordę. Ale to ja. Może jej się spodobało.

Przed startem organizatorzy uprzedzali, że na trasie może mocno wiać. Na szczęście wiatru akurat za bardzo nie było (albo przez bieganie nad Wisłą próg tolerancji mi się przesunął). Na początku biegu wyszło słońce i przez cały czas była bardzo ładna pogoda. Może nie było bardzo ciepło, ale dość przyjemnie. Przez krótki momencie zastanawiałam się nawet czy aby jednak nie ubrałam się za ciepło, ale jak tylko wbiegłam do cienia naprostowałam się. Ubrałam się idealnie – przez cały bieg było mi dobrze.

Trasa

Punkty regeneracyjne były ustawione naprawdę często i były dobrze zaopatrzone – woda, herbata i nawet czekolada. Założenie miałam takie, że nie będę korzystać z napojów na trasie, żeby się nie zatrzymywać. Wzięłam ze sobą małego softflaska, który miał mi wystarczyć na cały bieg. Jednak kiedy zjadłam pierwszy żel coś mnie podkusiło, żeby sięgnąć po herbatę na punkcie. Okazało się, że herbata jest słodka, czyli (z mojej perspektywy) nie nadaje się do picia. No i oczywiście się oblałam. Jednak nie umiem pić z kubeczka w biegu.

Trasa do pewnego momentu wydawała się płaska jak stół. Ale to była zmyłka, bo jednak płaska nie była. A co gorsza druga połowa była zdecydowanie bardziej pod górę. Ale mimo to biegło mi się bardzo dobrze i, jak na mnie, we w miarę równym tempem. Jedyna rzecz, która mnie trochę rozpraszała to dość dowolne umiejscowienie oznaczeń mijanych kilometrów. Pokonany dystans trzeba było odczytywać z zegarka, bo znaki rozjeżdżały się nawet o kilkaset metrów.

Dopiero pod sam koniec zaczęłam trochę odczuwać zmęczenie. Na koniec jeszcze trochę przyspieszyłam żeby mieć  ładne zdjęcie z mety. A poza tym na mecie czekali na mnie rodzice. Pierwszy raz miałam kibiców na mecie i było mmi bardzo miło, że ktoś mi kibicuje. Nie tyle kibicuje po prostu, ale kibicuje szczególnie mnie. Super  Czas na mecie 2:07:27 czyli idealnie między 2:05 a 2:10.

I do domu

Po biegu pobrałam folię, wodę i drożdżówkę, przebrałam się i pojechaliśmy do domu. Nie szłam już na stołówkę, żeby zjeść posiłek przygotowany dla uczestników biegu, bo w domu czekał na mnie najlepszy posiłek regeneracyjny. Poza tym nie chciałam, żeby kibice musieli na mnie czekać. Wyjazd z Wiązownej trwał dość długo, bo biegaczy było sporo i zrobił się nawet mały koreczek.

Ogólne wrażenia? Biegło mi się bardzo dobrze i jestem zadowolona z wyniku. Nawet nie tyle z samego czasu ale z tego, że pobiegłam dokładnie w takim czasie jak szacowałam. Nie cisnęłam bardzo mocno i w zasadzie cały czas biegłam ze sporą rezerwą – po prostu na luzie w swoim tempie. Natomiast co do imprezy jak takiej mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo dobra organizacja i super wolontariusze, którzy wszystko ogarniali. Najbardziej doceniam fakt, że na bieżąco zbierali kubeczki z trasy. Bieg po dywanie z plastikowych kubków jest słaby. Ponieważ się nie ścigam i nie walczę o każdą sekundę mogę być trochę nieobiektywna, ale nie rozumiem dlaczego ludzie rzucają kubki innym pod nogi zamiast na bok. Tutaj wielkie ukłony dla wolontariuszy, którzy radzili sobie z tym doskonale.

Z drugiej strony nie lubię dużych biegów, a ten był już raczej spory (i to mimo sezonu grypowego, który wielu osobom uniemożliwił start). Cały czas biegłam wśród ludzi. Nie było na tyle gęsto, żeby ciężko było kogoś wyprzedzić, ale na tyle tłoczno, że słyszałam co mówią. Również w samej bazie zawodów było ciasno, a przecież ja przybiegłam w końcówce stawki, więc największe tłumy już się przewaliły.

Czy pobiegnę za rok? Nie wiem. Ale jeśli ktoś woli większe imprezy, to z całego serca polecam, bo pomijając współzawodników, to naprawdę fajny bieg