3. Półmaraton Leśny “Na Żarcie”


bieganie, na macie / 31 marca 2019

Do Legionowa na Półmaraton Leśny mieliśmy pojechać razem i razem pobiec. Wyszło inaczej. Choroba stanęła w poprzek tego świetnego planu. Mąż się kurował w domu a ja 30 marca na bieg jechałam sama. To znaczy nie całkiem sama, bo towarzyszyła mi silna ekipa pluszaków. Tak na wszelki wypadek, żebym nie czuła się samotna.

Dojazd komunikacją do Legionowa jest bardzo przyjemny – kolejka jedzie szybko i często. Od kolejki trzeba było iść jeszcze jakiś kwadrans i już było się na starcie i przy biurze zawodów zorganizowanym w namiotach.

Startowało bardzo mało osób, więc nie było kolejki ani po odbiór pakietu, ani do toi-toi’a. Z resztą toi-toi był wyjątkowo porządny, z papierem toaletowym, wodą, umywalką i nawet ręcznikami papierowymi. W pakiecie był laminowany zwrotny numer startowy i pamiątkowa bawełniana koszulka. Żadnych worków, makulatury i śmieci. Tylko to, co potrzebne 🙂

Start

Start był przewidziany na godzinę 13.00, co o tej porze roku jest bardzo dobrą godziną. Pogoda już zdąży się wcześniej określić 🙂 Kiedy ruszałam z domu było rześko i wilgotno. Na wszelki wypadek wzięłam dwa zestawy ubrań – długi i krótki. Wprawdzie prognoza przewidywała ciepły i słoneczny dzień, ale czy oba na pewno pogoda zechce się podporządkować tym przewidywaniom? Rano nie było to aż takie oczywiste.

Koło południa zaczęło wychodzić słońce i zrobiło się bardzo przyjemnie. Zdecydowanie krótki zestaw, ale z rękawkami był sensownym wyborem – w cieniu było trochę chłodno, a mi zawsze marzną ramiona. Wzięłam też nową kamizelkę-plecak Salomona. Raz, że chciałam go przetestować na trochę dłuższym dystansie na zawodach. A dwa, że dzięki temu mogłam z jednej strony wziąć wszystko (w tym pluszaki) a jednocześnie mieć wolne ręce.

Na bieg wzięłam dwa żele, softflask 250 ml, chusteczki higieniczne, chusteczki nawilżane oraz kobiecie artykuły higieniczne i na wszelki wypadek dwa proszki przeciwbólowe. Przed samym startem zjadłam jeszcze mus z jaglanką Day-up i byłam gotowa do biegu.

Hej ho! Do lasu by się szło!

Półmaraton Leśny jak sama nazwa wskazuje odbywa się w lesie. Dotarło to do mnie 6 dni przed biegiem. Ale nie dość mocno. Oczyma wyobraźni widziałam przyjemną szutrową drogę (jak za Centrum Olimpijskiem w Warszawie nad Wisłą) tylko biegnącą przez las. Początek biegu nawet mniej więcej zgadzał się z tym, co sobie ubzdurałam. Ale dość szybko przekonałam się, jak bardzo się myliłam.

Oczywiście był to normalny bieg w terenie. Trochę w górę, trochę w dół. Grząski piasek tu i ówdzie. Wystające korzenie. Kamienie. Gałęzie. Z drogą szutrową ma to naprawdę niewiele wspólnego. Założyłam bieg na bardzo dużym luzie z ogromnym zapasem. Nawet obawiałam się, że jak będę sama to będzie mi ciężko pilnować założonego tempa i pobiegnę szybciej. A tu guzik z pętelką. Biegłam spokojnie, ale mimo wszystko nie było to spacer biegowy. Liczyłam na bieg ze średnim tętnem około 140. A wyszło średnie tętno 150, bo jednak w terenie biegnie się nieco trudniej.

 

Gdzie mój banan?!

Bieg był zorganizowany w formie dwóch pętli. Zrozumiałam, że to oznacza dobiegnięcie dwa razy do mety. A na mecie miał być bufet z bananami. Mniej więcej od 4 kilometra zaczęłam marzyć o tym bananie. Po 7 kilometrze zjadłam zgodnie z planem żel, ale i tak czekałam na banana. Nie dlatego, że była głodna. Nie potrzebowałam go do biegu. Ale zwyczajnie miałam ochotę zjeść kawałek banana.

Na punktach na trasie była tylko woda. Banan miał być na punkcie metowym. Już się cieszyłam na tego banana, kiedy jakiś sympatyczny wolontariusz nakazał zakręcić na drugą pętlę bez dobiegania do mety. I do bananów. Przez kolejne 3 kilometry czy coś koło tego łudziłam się, że te banany znajdą się na pierwszym punkcie a trasie dla biegnących drugą pętlę. Nie znalazły się. Nadal była tylko woda. Wypiłam więc dwa kubeczki, poprosiłam wolontariusza o zrobienie zdjęcia i pobiegłam dalej.

Grzecznie korzystałam z punktów nawadniania i miałam swoje 250 ml wody. Ale na drugiej pętli musiałam mocno oszczędzać wodę. W sumie to mogłam po prostu uzupełnić softflask, ale nie pomyślałam. Biegłam do mety marząc o bananie i wodzie.

Za linią mety

Dobiegłam do mety i moim oczom ukazała się taca z resztką bananów. Oraz stolik bez butelek wody. Kiedy startowaliśmy stały tam półlitrowe butelki z wodą. Kiedy dobiegłam pozostało po nich tylko wspomnienie. Wzięłam banana i poszłam odebrać depozyt. W plecaku miałam jeszcze trochę wody. Po chwili dotarło do mnie, że nie dostałam medalu. Zrobiło mi się trochę przykro, bo jednak medal jest ważny. Zwłaszcza jak się człowiek nastawi, że medal będzie.

 

Dostrzegłam, że medale jednak są. Leżą obok pudełka na numery startowe i można sobie je brać. W zasadzie każdy mógł wziąć kilka medali. To wyjaśniło kwestie wody na mecie. Woda też stała do wzięcia. Więc ludzie brali. Wiem, że dobiegłam w końcu stawki, ale mimo wszystko woda powinna być również dla ostatniego zawodnika. Na szczęście trochę ochłonęłam i zobaczyłam, że jest herbata. I w ogóle mnóstwo pyszności.

Herbata wprawdzie była raczej słaba i słodka. Ale była 🙂 Za to jedzenia było mnóstwo. Kiełbaski z grilla, chleb ze smalcem, żurek i ciasto drożdżowe. Zjadłam kiełbaskę i dwa kawałki ciasta. W sumie to chętnie bym wchłonęłam jeszcze jedną kiełbaskę i spróbowała chociaż żurku. No ale zależało mi, żeby zdążyć na kolejkę. Gdybyśmy byli we dwoje z pewnością spędzilibyśmy jeszcze przynajmniej z pół godziny racząc się tymi wszystkimi pysznościami.

Bieg jakie lubię

Półmaraton Leśny to jest właśnie taki bieg jakie lubię. Mały, z niewielką liczbą startujących i świetną atmosferą. Na takich imprezach w gruncie rzeczy nie przeszkadza brak wody na mecie i banan, który był nie tam gdzie się go spodziewałam. Nawet to, że medal trzeba sobie wziąć samemu jest w porządku. Bo w zamian za to dostaje się piknik, atmosferę i świetną zabawę.

Na dużych biegach dobiega się do mety, dostaje przydziałowy zestaw metowy – medal, banana, napój i można iść do domu. Na mniejszych, bardziej lokalnych biegach po dobiegnięcie do mety dopiero zaczyna się impreza. Można posiedzieć, pogadać z ludźmi i dobrze zjeść. Mam nadzieję, że w przyszłym roku w 4. Półmaratonie Leśnym pobiegniemy we dwoje, a potem będziemy się zajadać grillowanymi kiełbaskami i przepysznym ciastem drożdżowym 🙂