Ultra. Dobiegniesz dalej niż myślisz


bieganie, na luzie / 11 lutego 2019

Któregoś dnia czekając na autobus wstąpiłam do księgarni. Do takiej tradycyjnej. Z mnóstwem różnych książek, a nie tylko nowościami ustawionymi na wielkich stosach. Lubię takie miejsce. Można wziąć książkę do ręki i przejrzeć. Czasem trafi się na książkę, na którą w innych okolicznościach nie zwróciłoby się uwagi.

Tak było i tym razem. Obok kącika, w którym mąż przeglądał intersucącą go literaturę była półka sportowa. Nigdy nie ciągnęło mnie w stronę książek o tej tematyce. Ale mój wzrok padł na okładkę z dużym napisem ULTRA. Sięgnęłam po tę książkę, przeczytałam opis na okładce i odłożyłam. Wróciliśmy do domu, ale to ULTRA jakoś nie mogło się ode mnie odczepić. Tydzień później, w tej samej księgarni, wybierając co sobie kupić skierowałam kroki od razu w kierunku wcześniej omijanego regału. Pobieżnie rzuciłam okiem co tam jeszcze jest i znowu wzięłam ULTRA. Wyjątkowo decyzja o zakupie zajęła mi dosłownie mgnienie oka. Stwierdziłam, że chcę przeczytać tę książkę.

Ale o czym to jest?

Opis książki w zasadzie nie jest zbyt zachęcający. Co więcej nie do końca oddaje czym tak naprawdę jest ta książka.

Jeśli fascynują Cię góry i bieganie, szukasz inspiracji i chcesz doskonalić swoje umiejętności, sięgnij po ULTRA – wyjątkową opowieść o świecie wymagających biegów długodystansowych.

Najbliższa prawdy jest druga część powyższego zdania. Ta książka to wyjątkowa opowieść. Znajdziemy w niej oczywiście również porady, trochę historii i odrobinę teorii. Kilka słów od siebie dodali kardiolog, ortopeda i psycholog. To są z pewnością cenne słowa i warto wziąć je sobie do serca niezależnie od preferowanych dystansów, a na może nawet niezależnie od tego jaki sport się uprawia. Ale “Ultra. Dobiegniesz dalej niż myślisz” autorstwa Violetty Domaradzkiej i Roberta Zakrzewskiego, to przede wszystkim opowieść.

Dwoje wspaniałych gawędziarzy snuje opowieść o świecie, który dla większości ludzi wydaje się trochę nierzeczywisty. Bo przecież wizja przebiegnięcia kilkuset kilometrów jest ciężka do ogarnięcia. Bieg ciągły przez kilkadziesiąt godzin. To też jest trudne do pojęcia. Przygotowanie, start, przemierzanie trasy, walka i w końcu meta. Niby tak samo jak na każdym biegu, a jednak trochę inaczej. I to inaczej jest fascynujące.

Każdy ma swoją historię

Ogromną siłą tej książki jest poza główną opowieścią kilkanaście mniejszych – przedstawienie sylwetek biegaczy, którzy dzielą się swoimi historiami. Poznajemy różnych ludzi, których pasją jest bieganie bardzo długich dystansów. Są wśród nich rekordziści, zdobywcy medali ale też i osoby plasujące się bliżej końca stawki. Są przedstawieni organizatorzy, wolontariusze i fotografowie. To świetnie uzupełnia główną narrację, bo pokazuje jak różni są biegacze ultra. Z jednej strony bardzo dużo ich dzieli, ale łączy jedno – udział w biegach, z którymi łączą się niesamowite historie.

Autorzy doskonale przekazali nastrój i atmosferę biegów ultra. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie jestem w stanie zestawić tego z własnymi doświadczeniami. Ale to tak naprawdę nie ma znaczenia, bo przecież to nie jest książka o moich doświadczeniach 🙂 Na pewno pokazali, że świat ultra jest różnorodny, fascynujący i wciągający.

Czy “Ultra” to po prostu gawęda? Zdecydowanie nie. Znajdziemy też trochę teorii i rozdziały “medyczne”. Ale dla mnie to tylko dodatek. Teorię można znaleźć wszędzie. Nie mówię, że to nie jest wartościowa część książki. Z pewnością jest cenna, ale jednak nie w niej tkwi istota i nie ona decyduje o tym, że jest to tak fascynująca lektura.

Czy to moja historia?

Książka bardzo mi się podobała. Przeczytałam i obejrzałam (bo są tam również piękne zdjęcia) z ogromną przyjemnością. Z radością czekałam na kolejne wieczory kiedy będę mogła zanurzać się w nieznany mi świat, poznawać kolejnych bohaterów i czytać o nowych biegach. Przypuszczam, że wrócę do tej książki, bo po jej przeczytaniu został mi niedosyt, mam wrażenie, że mogę z niej jeszcze coś wyczytać, że nie dotarłam do sedna tej historii. To trochę jak z bieganiem (nawet tym zwyczajnym) – wraca się na znane trasy, bo przecież jeszcze można z nich coś wycisnąć.

Czy to znaczy, że wciągnął mnie świat ultra i planuję jakiś szalony bieg na niemożliwym do ogarnięcia dystansie i to w dodatku w trudnym terenie? Nie wydaje mi się… Rozumiem fascynację ultra. Jest coś niesamowitego i magicznego w przemierzaniu setek kilometrów po górach czy po lesie. Bieg przez całą dobą. W dzień i w nocy. W słońcu i w chłodzie. Wschód słońca na szlaku jest z pewnością piękny i dostarcza niezapomnianych wrażeń. Jestem w stanie wyobrazić sobie całodzienną wycieczkę biegową, ale mówiąc całodzienną kładę szczególny nacisk na cząstkę dzienną. Pobudka w środku nocy, oczekiwanie w chłodzie nocy czy wczesnego poranka na start? To nie dla mnie.

Teoretycznie może byłoby fajnie, ale praktycznie byłabym zła na siebie i cały świat na samym początku. Przerabiałam to na półmaratonie i naprawdę ten moment kiedy właśnie zaczynasz bieg, a w głowie pojawia się zdradziecka myśl “chciałabym już być w domu” jest mega słaby. Perspektywa, że za trzy godziny będzie się w domu nie jest nawet odrobinę tak straszna jak myśl, że w domu będzie się za godzin trzydzieści. Przypuszczam, że gdyby taka sytuacja zdarzyła się przy biegu dłuższym, to po prostu bym zawróciła.

Niemniej długie (ale w granicach rozsądku) biegnie, zwłaszcza w przyjemnych okolicznościach przyrody ma swój urok. Oczywiście jeśli pominie się ryzyko wejścia w bliższą interakcję z tą przyrodą. To znaczy jeśli ta przyroda nie parzy, nie gryzie, nie śmierdzi i generalnie ogranicza się tylko do bycia ładną. Wtedy czemu nie?

  • Andrii Androshchuk

    Przeczytałem tę książkę całkiem niedawno, pozostawiając na sobie bardzo dobre wrażenie. I wiele więcej dla siebie podkreślających ciekawe momenty