Remigiusz Mróz – Turkusowe szale

wpis w: na luzie | 0

Turkusowe szale

Ta powieść w zasadzie powinna trafić do książkowego podsumowania sierpnia, ale doszłam do wniosku, że jednak zasłużyła na osobną recenzję.

Książki Remigiusza Mroza bardzo polubiłam po lektrzue “Kasacji”. Szybko trafił na listę moich ulubionych polskich autorów, dlatego bez namysłu kupowałam wszystko, co napisał.  Jak zobaczyłam w księgarni “Turkusowe Szale”, to po prostu nie wiele myśląc wzięłam i poszłam zapłacić.

Głównymi bohaterami są polscy lotnicy służcy w RAFie w dywizjonie 307. Jest to wojenna powieść przygodowa z wątkiem szpiegowskim w tle. Towarzyszymy pilotom niemal od początku ich pobytu w Wielkiej Brytanii – na szkoleniu i potem już w trakcie regularnej służby. Wszyscy są oczywiście asami przestworzy i żadna walka powietrzna im nie straszna. Gotowi są na wszystko byle tylko zestrzelić wrogie samoloty krążące nad Anglią i rzecz jasna świetnie sobie radzą strącając maszyny należące do Luftwaffe jedną za drugą.

Formalnie nic tej książce nie dolega. Jest dokładnie tym, czym ma być. Jest wojna, są przygody i pojawia się szpieg. Można by sądzić, że wszystkie obietnice z obwoluty zostały spełnione. A jednak jest to ksiażka zwyczajnie zła. I to na bardzo wielu poziomach.

Opisy opisów

“Turkusowe szale” są przegadane. Gdyby usunąć zbędne zdania, to zostałaby połowa stron. W ksiażce znajdziemy dialogi, które nic nie wznoszą ani do rozwoju wypadków ani do poznania bohaterów. One po prostu wypełniają arkusze wydawnicze, żeby papier się nie marnował. Najczęściej są powtórzeniami rozmów, które czytaliśmy kilka stron wcześniej. Po pewnym czasie kolejne bezsensowne wymiany zdań zaczynają irytować.

Ale to nie wszystko – dialogi bywają również powtórzeniami opisów, które już czytaliśmy. Wyglada to mniej więcej tak:

Przy drodze rosły wysokie drzewa z różowymi kwiatkami.

-Ty patrz Maniek, drzewa rosną przy drodze – zagadną Zenek.

– Ożesz w mordę, masz rację. Drzewa rosną przy dordze – odparł Maniek kiwając głową. – Zauważyłeś, że mają różowe kwatki?

Te wszystkie powtórzenia powodują, że aczkolwiek książkę czyta się bardzo szybko, to niestety bez przyjemności.

Język bohaterów

Akcja toczy się w trakcie drugiej wojny światowej, na początku lat 40-tych XX wieku. Autor podjął pewien wysiłek, żeby w usta bohaterów włożyć język, którego ówcześnie się używało. Niestety wysiłek ten był albo niedostateczny albo nadmierny – zależy jak patrzeć. Jestem w stanie pogodzić się ze współcześnie napisaną książką, w której ludzie mówią jężykiem współczesnym, mimo że rzecz dzieje się przed laty. Oczywiście pewna arachiazacja języka też jest świetna.

Ale w “Turkusowych szalach” mamy do czynienia z czymś po środku. Generalnie piloci mówią zupełnie współczesnym jezykiem i używają zwrotów, których używa się dziś. Ale raz na jakiś czas do tych na wskroś nowoczesnych zdań autor wstawia jakieś archaiczne słowo. I tak na jednym tchu bohater pyta kogoś czy ten zażywa leki psychiatryczne (przypominam, że to są lata 40-te) i mówi mu, żeby się nie turbował. „Turbować się” to z resztą ulubiony arachiazm autora. Pojawia się na co drugiej bez mała stronie. W dodatku zwrot jest użyty nie do końca zgodnie ze swoim znaczeniem, ale to już ma maniejsze znaczenie. Krótko mówiąc językowo – porażka.

Panowie piloci

Na wszystkie te wady dałoby się jakoś przymknąć oko gdyby nie bohaterowie tej książki. Panowie piloci, absolwenci elitarnej Szkoły Orląt zachowują się jak robotnicy budowlani z muchami w nosie. Przypomnę tylko, że aby zostać pilotem należało:

legitymować się wykształceniem średnim z maturą, ukończeniem kursu pilotażu w aeroklubie lub na obozach LPW (ci, którzy nie odbyli takiego kursu, kierowani byli na eliminacyjny kurs w Wojskowym Ośrodku Szybowcowym w Ustianowej), przejść pozytywnie uzupełniające badania lekarskie i psychologiczne oraz zdać egzaminy wstępne (testy z wiedzy ogólnej – pisemnie i ustnie z języka obcego oraz ze sprawności fizycznej).

Umówmy się głąbów i prostaków raczej tam nie było. Ale jeśli byli to wszyscy bez wyjatku trafili na karty “Turkosowych szali”. Po pierwsze u Mroza ci dobrze wyszkoleni żółnierze nie umieją wykonywać rozkazów – niesubordynacja to drugie imię ich wszystkich. Dodatkowo wszyscy są nieukami i pomimo dość długiego pobytu w Wielkiej Brytanii nie nauczyli się języka (nie wykazują również chęci nauki i są dumni ze swojego braku wiedzy). Nie chcą stosować się do obowiązujących w brytyjskim litnictwie zasad. Samoloty też im sie podobają. Ogólnie wszystko im się nie podoba i wszytko im przeszkadza. Dawno nie czytałam powieści, której bohaterowi byliby tak irytujący a jednocześnie tak nieodpowiadający rzeczywsitości.

“Turkusowe szale” to bardzo kiepska powieść w zasadzie pod każdym możliwym względem. Nie ma absolutnei żadnego powodu, dla którego warto by było ją przeczytać. To przykre, bo generalnie proza Remiugiusz Mroza raczej nie jest zła. Ale ta książka dość mocno odbiega od poziomu innych jego powieści.