Przepis na udane wakacje by Ardilla


na luzie / 7 lipca 2018

Wakacje są takie krótkie, że każdą minutę chce się przeżywać trzy razy. Staram się co roku na początku i na końcu lata organizować tygodniowe wczasy. To w sumie dwa tygodnie, ale i tak wydaje się bardzo krótko. Dlatego zawsze te dwa tygodnie spędzam bardzo intesywnie, żeby przez cały rok mieć co wspominać.

Nie lubię nudnych wyjazdów, na których nic się nie dzieje. A to z tej prostej przyczyny, że jak się nic nie robi to wszystkei dni zlewają się w jeden i potem pozostaje niedosyt. Nie można usiąść i powspominać. Nie pojawiają się wywołujące uśmiech skojarzenia, które potem można przywołać. Ciężko z sentymentem powracać do kolejnego identycznego dnia spędzonego na siedzeniu na leżaku. Ale jeśli na wakacjach dużo się działo potem przez długi czas można uśmiechać się na wspomnienie tych wydarzeń.

Na dobry początek trochę sportu

Nie wyobrażam sobie życia bez ruchu. Sport jest dla mnie czymś równie oczywistym jak mycie zębów i wakacje w najmniejszym stopniu tego nie zmieniają. To może być rower, ćwiczenia na hotelowej podłodze lub w siłowni albo bieganie. Ale jakaś nieco bardziej zorganizowana forma ruchu musi być inaczej czuję się trochę niesowjo. Zupełnie jakbym nie umyła zębów.

W tym roku wakacje upłyneły mi pod znakiem porannego biegania wzdłuż plaży i ćwiczeń mobilizujących wykonywanych w zaciszu pokoju hotelowego. Te drugie są pokłosiem moich wizyt u fizjoterapeuty. Nie bardzo mam ochotę na powtórkę z rozrywki i kolejne drogocenne wizyty, więc dbam o stan moich mięśni. Jak na razie (chyba) z dobrym skutkiem, bo nie czuję większego dyskomfortu 🙂

Wyjeżdżając planowałam pójść pobiegać raz czy dwa razy, bo wizja biegania nad morzem wydawała mi się jakaś taka fajna. Trochę jak z amerykańskiego filmu. Krótkie spodenki, topik i piękne widoki. Rzeczywistość nawet przerosła oczekiwania. Początek był trochę ciężki, bo jednak wysoka temperatura i ostre słońce są dość trudne, ale bardzo szybko okazało się, że biegnie się świetnie. Rzecz jasna to nie było takie tempo jak w Warszawie, no i nie takie dystanse. Ale nie miałam możliwości wzięcia ze sobą małej buteleczki wody, a długie bieganie w upale bez wody nie wydaje się być najlepszym pomysłem. Niemniej poranny jogging nad Morzem Czarnym bardzo sobie chwalę. Zwłaszcza, że bardzo poprawia apetyt na śniadanie.

Mnóstwo pyszności

Lubię jeść. Tak po prostu. Jedzenie smacznych rzeczy jest zwyczajnie przyjemne. Przed każdym wyjazdem robię rekonesans i wyszukuję miejsca, w których można dobrze zjeść. W trakcie wakazyjnych podróży nie specjanie zwracam uwagę na kaloryczność zjadanych potraw, a jeszcze mniej na rozkład makroskładników i tym podobne sprawy. Wszyscy wiemy, że tłuste i słodkie jest smaczniejsze. Tłuszcz jest nośnikiem smaku i niestety więkoszść najsmaczniejszych dań jest tłusta. I co z tego? Jeśli przez cały rok jem świadomie, dbając o biland energetyczny odpowiednie proporcje między węglowdanami, białkiem i tłuszczem, to przez te dwa tygodnie mogę sobie pozowlić na odrobinę szaleństwa.

Odrobina szaleństwa nie oznacza przejadania się. Po prostu jem to, co jest smaczne. Próbuję nowych smaków i dań bez zastanawiania się czy aby nie zjem danego dnia 500 kalorii za dużo. Takie rozważania nie mają większego sensu, bo z góry wiem, że tak właśnie będzie. I kompletnie się tym nie przejmuję. Bo smak zjedzonych potraw będę wspominać przez cały rok. Wraz z całą otoczką rzecz jasna – restauracja, obsługa, dobre wino, trzymanie się za ręce i patrzenie sobie w oczy. Cytując pewną reklamą – to jest bezcenne.

Zdrowa droga nie polega na rezygnowaniu ze wszystkiego. W życiu jest też miejsce na miłe chwile w towrzystwie najbliższych przy dobrym jedzeniu i smacznym winie. Przecież zdrowie psychiczne jest równie ważne jak fizyczne. A nasz mózg lubi nowe smaki, zwłaszcza jeśli poznaje je w miłym towarzystwie. Poza tym jeśli w domu mam zdrowe nawyki, to tygodniowe wakacje w żaden sposób ich nie zepsują.

W ciągu dnia też trzeba coś robić

Posiłki oczywiście wyznaczają pewne ramy każdego dnia, ale między nimi też trzeba coś robić. Można rzecz jasna smażyć się na plaży czy siedzieć w pokoju, ale to nie gwarantuje odpowiedniej dawki emocji i przeżyć do późniejszego wspominania. Rzecz jasna słodkie lenistwo ma też swoje plusy. Dlatego staram się łączyć aktywne spędzanie czasu z niespiesznym kontemplowaniem rzeczywistości z wysokości leżaka.

Podczas naszych Bułgarskich wakacji, które w miarę na bieżąco relacjonowałam na Instagramie sporo pojeździliśmy po okolic Słonecznego Brzegu odwiedzając Sviety Vlas, Nesebar (dwa razy) i Burgas. Skorzystaliśmy też z lokalnego biura podróży i kupiliśmy sobie kolację w Namiocie Chana, czyli posiłek połączony z występami kabretowymi i akrobatycznymi.

Rzecz jasna trochę czasu spędziliśmy także przy i w hotelowym basenie, a także w morzu. Ja głównie na dmuchanym smoku-dinozaurze, który w ubiegłym roku został ochrzczony Baltazarem. W przyszłym roku planuję zaopatrzeć się w dużego dmuchanego jednorożca 🙂

Takie połączenie łażenia po okolicy, zwiedzania, chlapania się w wodzie, czytania niezbyt poważnych książek i dobrego jedzenia, moim zdaniem, gwarantuje fantastyczne wakacje i mnóstwo wspomnień na cały rok.