Książki września: Knedler, Rudnicka oraz Kohn i Levithan

wpis w: na luzie | 0

Pan Darcy nie żyje Magalena Knedler

pan darcy nie żyje

Książkę kupiłam przypadkowo. Nie znałam wcześniej tej autorki, ale tytuł mnie skusił 🙂

Trwają zdjęcia do nowej ekranizacji “Dumy i uprzedzenia”. Wbrew pozorom obsada wcale nie jest dobrana idealnie. Nie wszyscy aktorzy pasują do odtwarzanych przez siebie ról, a co gorsza ekipa nie dogaduje się najlepiej. Z pozoru wszystko gra i wszyscy robią dobrą minę do złej gry, ale ile można udawać, że wszystko jest w porządku? Po pełnym dramatycznych wydarzeń dniu i wieczorze odtwórca roli pana Darcy’ego zostaje znaleziony martwy. Oczywiście okazuje się, że wszyscy zaangażowani w produkcje filmu mają jakieś mniej lub bardziej mroczne sekrety, których nie chcą ujawniać.

„Pan Darcy nie żyje”, to (jak łatwo się domyślić) powieść kryminalna, której akcja dzieje się w Wielkiej Brytanii wśród gwiazd ekranu oraz osób związanych z produkcją filmową. Oczywiście poza poszukiwaniem mordercy mamy też wątek romantyczny i to nawet nie jeden, więc dla każdego coś miłego.

Książkę czyta się dość przyjemnie i szybko. Zagadka kryminalna jest mniej więcej na poziomie Ojca Mateusza, więc nie należy spodziewać się żadnych dreszczyków, niepewności co do niewinności głównych bohaterów czy strachu, że za chwilę wydarzy się coś, czego się nie spodziewaliśmy. Ot, po prostu przyjemna powieść kryminalna. Na szczęście nie aspiruje ona do bycia czymś, czym nie jest. W związku z tym jest to naprawdę miła lektura na wieczór – nie angażuje za nadto, trochę wciąga (ale tak w sam raz – ryzyko czytania do 3 w nocy, byle skończyć nie występuje), wzbudza zainteresowanie losami głównych bohaterów akurat na tyle, żeby ciekawie się czytało. Czego więc chcieć więcej? Absolutnie niczego – książka jest dokładnie tym, czym ma być. Jeśli szukacie takiej zwyczajnie porządnej lektury na wieczór, to “Pan Darcy” nada się idealnie.

Księga wyzwań Dasha i Lily Rachel Cohn, David Levithan

księga wyzwań Dasha i Lily

Książka, której normalnie bym raczej nie kupiła. Zapewne nawet nie zwróciłabym na nią uwagi. A już z pewnością nie we wrześniu. Pozycja, która powinna pojawić się na wystawie księgarni na początku grudnia i zniknąć zaraz po Nowym Roku. A jednak znalazła się wśród powieści przeczytanych (i kupionych) we wrześniu. Jak do tego doszło? Otóż przez zapominalstwo. Jadąc w delegację zapomniałam zapakować książkę. Po prostu została na stole. Niestety zorientowałam się, że nie wzięłam nic do czytania już będąc na miejscu, w niewielkim hoteliku na przedmieściach Lublina. Wiedziałam, że czekam mnie samotna podróż powrotna pociągiem (3 godziny!), więc musiałam zdobyć coś do czytania. Obok hotelu była Biedronka, a w Biedronce czasem można kupić książki.

Poszłam zatem do tej przyhotelowej Biedronki i owszem znalazłam książki. Wprawdzie nie ucieszyłam się aż tak, jak można by się było w tej sytuacji spodziewać. Książki były sprzedawane w paczkach po dwie, zafoliowane razem, tak że było widać tylko frontowe okładki. Z góry odrzuciłam te pary, w których jedną już czytałam (lub istniało ryzyko, że czytałam) oraz te, w których byli autorzy, których nie lubię. W zasadzie została tylko jedna para książek: “Księga wyzwań Dasha i Lily” nierozerwalnie związana z “Papierowymi miastami”. Wzięłam nie wiedząc co biorę.

Po odpakowaniu zestawu okazało się, że nie jest tragicznie – żadnych melodramatów ani horrorów. Wszystko inne jest dla mnie strawne. “Księga wyzwań Dash i Lily” jest właśnie strawna. Sama koncepcja jest bardzo ciekawa – młodzi ludzie, nastolatkowie, prowadzą grę za pomocą notatnika, w którym zostawiają sobie różne zadania.  Interesujący jest też sposób, w jaki książka powstała. Każdy z autorów był odpowiedzialny za wątek jednego z bohaterów i opisywał kolejne wydarzenia mając do dyspozycji tylko wyzwanie rzucone przez drugiego bohatera.

W zasadzie wszystko w tej książce jest w porządku, ale jednak nie urzekła mnie. Może już zbyt wiele lat minęło odkąd sama miałam naście lat. Może dzisiejsze nastolatki zachowują się inaczej niż ja w ich wieku. Ale czytając tę powieść cały czas miałam wrażenie, że czytam o ludziach znacznie starszych niż deklarowany wiek głównych bohaterów. Przyczyną z jednej strony byłī zachowania, sytuacje i doświadczenia, które nie bardzo pasują mi do szesnastolatków, zaś z drugiej strony autorefleksyjność obojga bohaterów, której ja będąc w ich wieku z całą pewnością nie miałam (choć oczywiście uważałam się za najmądrzejszą na świecie).

Generalnie zawsze lubiłam książki dla młodzieży i nawet dłuższy już czas młodzieżą nie będąc z przyjemnością po nie sięgam. Ta powieść jest jednak dziwna. Niby jest o młodzieży, a jednak nie bardzo dla młodzieży i gdyby autorzy nie podkreślali słownie wieku bohaterów uznałabym, że jednak mam do czynienia z ludźmi dorosłymi. Jak trzeba to “Wyzwania Dasha i Lily” da się przeczytać. Lektura nie jest przykra, ale jak jest wiele znacznie lepszych, ciekawszych i przyjemniejszych książek, więc jak nie trzeba, to lepiej sięgnąć po coś innego.

Cichy wielbiciel Olga Rudnicka

Cichy wielbiciel

Ta książka miała jechać ze mną do Lublina, ale zamiast znaleźć się w walizce została na stole. Z perspektywy czasu myślę, że dobrze się stało. Nie dlatego, że to, co kupiłam w lubelskiej Biedronce było takie świetne, ale dlatego, że “Cichy wielbiciel” nie jest dobrą powieścią na samotną podróż.

Powieści Rudnickiej bardzo lubię – jest taką współczesną Joanną Chmielewską. Mimo że w większości są to powieści kryminalne, to są bardzo przyjemne i te zwłoki jakoś specjalnie nie uwierają. Główni bohaterowie są zawsze niezmiernie sympatyczni (nawet jeśli akurat pechowo się składa, że są płatnymi zabójcami), zaś dialogi pełne humoru. Generalnie idealna proza na poprawę humoru i na 3 godzinną podróż pociągiem na trasie Lublin-Warszawa. Z tego właśnie powodu “Cichy wielbiciel” znalazł się wśród rzeczy, które chciałam zapakować.

Czytałam oczywiście opis na okładce, ale jak to często bywa niby zgadza się z tym, co znajdujemy w środku, ale jednak nie do końca. “Cichy wielbiciel”, to opowieść o dziewczynie, która padła ofiarą prześladowcy – stalkera. Towarzyszymy jej od początku historii, czyli od momentu, w którym wpadła w oko szaleńca (choć sama nie zdawała sobie jeszcze wtedy sprawy, że właśnie zaczął się największy koszmar jej życia) aż do zakończenia.

Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie ma oczywiście nic wspólnego z miłymi opowiastkami, które można czytać dla poprawy humoru jadąc samemu pociągiem, ale jest bardzo poruszająca. Autorka pisze, że na temat stalkingu trafiła zbierając materiały do innej powieści, zaś “Cichy wielbiciel” poprzedzony jest słowem wstępu ze strony specjalisty. Już ten wstęp robi wrażenie – ofiara osaczona przez nieznanego prześladowcę znikąd nie znajduje pomocy. To właśnie, zarówno we wstępie jak i w samej historii, poruszyło mnie najbardziej. Ofiara zostaje ze swoim problemem sama.

Mechanizmy opisane przez autorkę są naprawdę straszne. Nie mam powodu wątpić w ich prawdziwość zatem uznaję, że tak właśnie wyglądają tego rodzaju historie. Rodzina, przyjaciele, znajomi zamiast pomóc i wesprzeć najpierw nie dostrzegają problemu, a potem zostawiają ofiarę samej sobie. Kilka scen opisanych przez autorkę rozłożyło mnie po prostu na łopatki.

Jeśli nie chcecie czytać żadnych spoilerów, to przerwijcie w tym miejscu lekturę tej recenzji, nie czytajcie dwóch poniższych akapitów i płynnie przejdźcie do ostatniego. Nie zdradzę to jednak żadnych zaskakujących zwrotów akcji, więc jeśli nie jesteście w tym względzie ortodoksyjni spokojnie możecie czytać dalej 🙂

Bohaterka mówi swojej mamie, że powiedziała do głuchego telefonu że nie chce więcej prezentów, SMSów i generalnie nic. Na co jej matka zapytała ją czy nie była przypadkiem zbyt ostra. W kilku innych scenach dziewczyna spotyka się z, mniej lub bardziej wprost wyrażonym, zarzutem, że sama musiała sprowokować prześladowcę. Jakby tego mało w pewnym momencie ojciec informuje ją, żeby przestała przychodzić z tym problem, bo przecież jej matka ma słabe serce i po co ma się denerwować. Słowem sytuacja z najgorszego koszmaru. Do stalkera dołącza całe otoczenie dziewczyny, żeby z nim razem ją dręczyć.

Wniosek, który nasunął mi się po lekturze tej powieści jest dość smutny. Osoby takie jak główna bohaterka nie mają w ogóle oparcia w rodzinach. Rodziny zaś nie spełniają swojej podstawowej funkcji – nie zapewniają poczucia bezpieczeństwa. Nie wspomnę już oczywiście o tym, że bohaterka nie umie odmawiać – jak widać opisany przez mnie problem może rodzić również bardzo przykre konsekwencje. Zamiast powiedzieć natrętowi “odczep się” (lub podobnie) mówi mu, że akurat nie ma czasu albo, że innym razem. Oczywiście natręt rozumie to po swojemu.

“Cichy wielbiciel” jest książką bardzo dobrą. Świetnie pokazuje przerażającą rzeczywistość ofiary stalkingu. Dawno nie czytałam książki, która dała mi tak dużo do myślenia i o której tyle chciałam rozmawiać. Zdecydowanie warto ją przeczytać ze względu na zjawisko, które opisuje. Poza tym, rzecz jasna, to jest dobra książka i z tego powodu również warto po nią sięgnąć.