Książki marca: Trubowicz, Peacock, Indridason


na luzie / 9 kwietnia 2018

W marcu teoretycznie miałam trochę więcej wolnego czasu, bo miałam aż dwa wolne weekendy, ale to nie przełożyła się bezpośrednio na liczbę przeczytanych książek. Szczerze mówiąc na jakość tym bardziej. Pomijam oczywiście książki całkiem poważne (by nie rzec naukowe), których w ogóle nie ujmuję w książkowych podsumowaniach miesiąca. Nie przypuszczam, by taka całkiem poważna tematyka kogokolwiek interesowała 🙂

Kącik zagubionych serc, Magdalena Trubowicz

Powieść Magdaleny Trubowicz trochę czekała na swój czas. Ostatnio ciągnie mnie raczej do kryminałów, sensacji i thrillerów. Ale na bezrybiu i rak ryba, więc nie mając pod ręką niczego ze zbrodnią w tle sięgnęłam po typowo babską powieść. Główna bohaterka jest kobietą po przejściach – rozstała się z drugim mężem po wielu latach małżeństwa i równie wielu latach niepracowania zawodowo. W nowej sytuacji koniecznie potrzebowała znaleźć jakieś źródło zarobków i trafiła do biura matrymonialnego prowadzonego przez sympatyczną starszą panią.

Historia jest nietypowa i oczywiście do bólu optymistyczna, ale bardzo sympatyczna. Bohaterowie są dobrze sportretowani, na szczęście autorka uniknęła typowych dla kobiecej prozy papierowych postaci. Nie zrozumcie mnie źle, czasem idealne kobiety i równie doskonali mężczyżni są spoko. Ale jeśli akurat ma się ochotę na prozę z większą ilością akcji a mniejszą wyciśniętych łez warto unikać ideałów 🙂

“Kącik zagubionych serc” jest naprawdę fajną powieścią do przeczytania dla rozrywki. Jest trochę akcji, są fajni bohaterowie i oczywiście happy end. Czego chcieć więcej?

Aleja ślepca, Justin Peacock

Przy okazji wizyty u babci napadłam na księgarnię i wyszłam z siatką książek. Akurat była jakaś wyprzedaż i można było kupić szereg tytułów po 14,99 zł, więc bez większych obaw o skuchę wzięłam wszystko, co wyglądało jakby nadawało się do czytania. Jedną z książek, na które się skusiłam był amerykański thriller prawniczy “Aleja ślepca”.

Zawsze lubiłam powieści John Grishama, więc liczyłam na dobrą rozrywkę i w zasadzie się nie zawiodłam. Piszę w zasadzie, bo ta książka ma ogromny potencjał, który w sposób bezmyślny został zmarnowany przez tłumacza, który chyba nie odrobił pracy domowej. W “Alei ślepca” jest szereg błędów językowych (ewidentnie z winy tłumacza), które powodują przykrą frustrację.

Jeśli przymknie się oko na te niedostatki formy, to treść jest naprawdę dobra. Trochę odtwórcza, ale mi to nie przeszkadza. Jeśli czytaliście “Firmę”, to nic Was w tej powieści nie zdziwi. Bo historia jest bardzo podobna – młody, zdolny prawnik robi karierę w wielkiej firmie i musi stanąć przed trudnym wyborem. Oczywiście nasz bohater wybiera słusznie, czym uruchamia lawinę zdarzeń. Zakończenie jest przewidywalne, ale sposób prowadzenia intrygi przez autora jest ciekawy i mimo pewnej schematyczności powieść wciąga.

Fani Grishama będą zadowoleni 🙂

Hipotermia, Arnaldur Indridason

“Hipotermia” jest naprawdę dziwną książką. Niby jest to kryminał, ale jednak jakiś taki jakby niedorobiony. Nie jest to też powieść obyczajowa, choć autor sporo uwagi poświęca sytuacji rodzinnej głównego bohatera. W sumie nie wiem jak ją określić. Chyba najbardziej pasuje kryminał obyczajowy.

Głównym bohaterem jest policjant, który ma za dużo wolnego czasu i na własną rękę prowadzi śledztwo w sprawie samobójstwa oraz paru zaginięć sprzed wielu lat. Obok dochodzeń w sprawach kryminalnych jest wątek życia osobistego głównego bohatera i jego trudnych relacji z rodziną.

Niby wszystko jest w tej książce na miejscu, ale jednak jest dość męcząca. Na pewno w dużym stopniu zawinił korektor (czy też jego brak). Język, którym posługują się bohaterowie jest momentami bardzo dziwny, ale może ma to służyć oddaniu sposobu mówienia Islandczyków. Ale już fakt, że przedmioty zmieniają rodzaj w środku zdania, a ludzie płeć raczej nie służy niczemu.

Mimo, że z pozoru fabuła powinna być bardzo wciągająca, to niestety książka jest zwyczajnie nudna i irytująca. Z jednej strony jest niedorobiona technicznie, a z drugiej historia jest w gruncie rzeczy przewidywalna – nie ma ani jednego zwrotu akcji ani nic, co spowodowałoby, że człowiek chętnie odwracałby strony. Szczerze mówiąc skończyłam tę powieść tylko z obowiązku 🙁