Książki listopada: Frydrych, Mróz, Miszczuk, Green

wpis w: na luzie | 0

Załatw pogodę, ja zajmę się resztą Renata Frydrych

Frydrych-załatw pogode

Powieść Renaty Frydrych to bajka o kopciuszku, który znalazł księcia. Taka w zasadzie klasyczna komedia romantyczna, których na ekranach kin co roku gości co nie miara. Tym razem jednak akcja nie toczy się na klatkach filmu, a na kartach książki. Mamy bardzo sympatyczną główną bohaterkę, której życiem kieruje przypadek. Mamy księcia, którego życie przebiega zgodnie z dawno stworzonym planem. Książąt jest nawet kilku. Każdy inny, każdy na swój sposób ujmujący. Ale oczywiście ślub można wziąć tylko z jednym.

“Załatw pogodę, ja zajmę się resztą”, to bardzo sympatyczna powieść, którą czyta się z uśmiechem. Życie głównej bohaterki i jej rodziny nie jest wcale usłane różami, ale optymizm z jakim stawiają czoła przeciwnościom jest naprawdę zaraźliwy. Od początku jej kibicujemy, zwłaszcza że główna bohaterka nie rozpamiętuje przykrych zdarzeń i nie załamuje się pod wpływem trudności, które napotyka. Ona cały czas jest przekonana, że wszystko musi się dobrze skończyć i rzecz jasna tak będzie. Pola Kukułka, choć może nie zawsze najmądrzejsza, ma siłę, której często (mi przynajmniej) brakuje. Jest pewna, że w życiu czeka ją jeszcze mnóstwo dobrego. A jednocześnie nie snuje dalekosiężnych planów i nie rozbiera życia na czynniki pierwsze. Właśnie dzięki temu stać ją na taki optymizm.

Jeśli potrzebujecie książki na poprawę nastroju, to książka Renaty Frydrych nadaje się do tego znakomicie. A po jej przeczytaniu warto wziąć przykład z głównej bohaterki i uwierzyć, że życia ma dla nas jeszcze nie jedną miłą niespodziankę.

Deniwelacja Remigiusz Mróz

mróz - deniwelacja

Kolejna powieść Mroza, nie wiem która to już w bardzo krótkim czasie. Tym razem autor wskrzesił komisarza Wiktora Forsta.

Jak wszystkie jego książki, “Deniwelację” czyta się bardzo szybko, co nie zawsze jest równoznaczne z dobrze. Mam niejasne wrażenie, że w przypadku Remigiusza Mroza ilość jest z wyraźną szkodą dla jakości. Niestety.

Komisarz w ostatnim tomie trylogii, która jak widać trylogią być przestała, zszedł ze sceny i udał się w kierunku lepszego życia. Jednak nie dane było mu skorzystać z dobrodziejstw życia w cywilu, bo autor kazał mu się zaplątać w międzynarodową aferę, podjąć kilka mało sensownych decyzji, wrócić do nałogu(ów) i na nowo skomplikować sobie życie. Pierwsze (które przeczytałam), książki Mroza była bardzo dobrze skonstruowane pod względem fabularnym. Zakończenia było zaskakujące i dobrze wkomponowane w całość. Tworząc w takim tempie jak ostatnio łatwo jest przekroczyć granicę między płodnym pisarzem a grafomanem. Mróz jest bardzo blisko tej granicy. Nie wiem tylko, po której stronie.

Z jednej strony jego lekkie pióro powoduje, że książki czyta się łatwo i szybko. Z drugiej strony równie łatwo i szybko zapomina się, o czym się przeczytało. Bywa również, że poziom absurdu staje się tak wysoki, że ma się ochotę książkę odłożyć na zawsze.

Czy to znaczy, że nie warto sięgnąć po “Deniwelację”? Tak bym tego nie ujęła. Dla mnie Mróz staje się pisarzem, którego powieści warto kupować tylko w wydaniach kieszonkowych po 9,99 zł, albo jeśli jest duża promocja. Być może nawet już się stał takim pisarzem. Problem z jego ostatnimi książkami polega na tym, że są to bardzo zwykłe czytadła, na które szkoda 40zł.

Córki swoich matek Joanna Miszczuk

Miszczuk-córki swoich matek

W końcu sięgnęłam po trzeci tom cyklu Joanny Miszczuk, którego dwie pierwsze części pochłonęłam w sierpniu. Najpierw nie miałam tej książki, a potem czytałam inne rzeczy i tak “Córki swoich matek” przeleżały na półce dwa miesiące. Dwa pierwsze tomy bardzo mi się podobały dlatego zaczynałam lekturę z pewnym podekscytowaniem. I to zapewne był błąd. Wiadomo, że czas odbiera obiektywizm i fajne książki stają się w pamięci coraz fajniejsze. Tak chyba było i w tym wypadku, bo “Córki swoich matek” trochę mnie rozczarowały.

To jest dobra książka i przyjemnie się ją czyta. W sumie nic konkretnego nie można jej zarzucić, ale brakuje jej tej świeżości, którą miały poprzednie. Jest trochę mniej historii, a losy głównej bohaterki już nie budzą takich emocji jak budziły wcześniej. Nie wiem, czy to kwestia zbyt wygórowanych oczekiwań, czy ta powieść jest po prostu słabsza, niemniej podobała mi się mniej od poprzednich tomów. Ale i tak warto ją przeczytać. Choćby po to, by poznać dalsze losy bohaterów i brakujące elementy historii rodziny niezwykłych kobiet. Ale również po to, by sprawdzić czy Wasze odczucia będą zbliżone do moich 🙂

Papierowe miasta John Green

green-papierowe miasta

“Papierowe miasta” to druga książka, którą kupiłam w lubelskiej Biedronce. O pierwszej możecie przeczytać w literackim podsumowaniu września.

“Papierowe miasta” przeleżały na półce dwa miesiące. Trochę nieufnie podchodziłam do przypadkowo kupionej książki. Wątpliwości podsycał fakt, że pierwsza część pakietu była całkiem dobra, więc przyjęłam, że druga musi być słaba. W przeciwnym razie po co ktoś by je łączył w jeden zestaw?

Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. “Papierowe miasta” nie zostały dołożone do pakietu ze względu na kompletny brak walorów literackich. Książka od pierwszych stron wciąga. Główni bohaterowie stoją u progu dorosłości – jedną nogą jeszcze w dzieciństwie a drugą już w dorosłym życiu. Czytelnik towarzyszy im w przekraczaniu tej granicy, za którą już ostatecznie przestaje się być dzieckiem. Pierwsze przygody bohaterów są jeszcze zdecydowania dziecinne, ale juz kolejne wydarzenia prowadzą ich w kierunku dorastania.

Po szalonej nocy pełnej brawurowych (i w sumie dość dziecinnych) zachowań znika szkolna celebrytka. Po jej zniknięciu koledzy odgrywają jak ważną rolę odgrywała w ich społeczności, a zakochany w niej główny bohater rozpoczyna poszukiwania. Jednocześnie dopiero w trakcie tych poszukiwań zaczyna poznawać dziewczynę, w której się podkochuje od dawna i którą zna od dzieciństwa. Poznaje też lepiej siebie i swoich kolegów, bo prawda jest taka, że jak się ma lat naście to tak naprawdę mało się wie o sobie samym.

“Papierowe miasta” są naprawdę ciekawą książką, którą warto przeczytać jeśli jest ku temu okazja. Jednak książka nie jest równa. Zaczyna się bardzo dobrze, na początku ciężko się od niej oderwać, ale z czasem staje się trochę męcząca. Najczęściej jest tak, że powieść rozkręca się i im dłużej ją czytamy, tym głębiej wsiąkamy w świat stworzony przez autora i kiedy nagle opowieść się kończy jest nam przykro. W tym wypadku jest odwrotnie. Zaczyna się super, a potem jest coraz mniej wciągająca. Skończyłam ją z pewną ulgą. Na szczęście poziom wyjściowy był na tyle wysoki, że ta tendencja spadkowa nie zaszkodziła aż tak bardzo.

Dwie rodziny Joanna Miszczuk

Miszczuk - dwie rodziny

Tak, to kolejna powieść Joanny Miszczuk w ostatnim czasie i druga w listopadzie. Co poradzić, że ostatnio ciągnie mnie do babskich powieści?

Również tym razem autorka opowiada niezwykłą historię rodzinną. Aczkolwiek główny wątek dotyczy współczesności, to podobnie jak w innych jej powieściach cofamy się daleko w głąb dziejów i poznajemy korzenie bohaterki. Powieść nie zaskakuje, jest dokładnie taka, jakiej możemy się spodziewać po Joannie Miszczuk. Jest dużo miłości i mnóstwo niesamowitych zbiegów okoliczności. A zakończenie wywołuje uśmiech na twarzy i mimo, że od początku wiemy do czego zmierza ta historia, to jednak czyta się z przyjemnością.

Z mojej perspektywy przewidywalność tej powieści jest ogromna zaletą – dostałam dokładnie to, co chciałam dostać. Nie jest to książka do czytania z zapartym tchem, w niepewności, co przyniesie kolejna strona. Ale jest to bardzo dobra lektura na jesienny wieczór i na poprawę humoru.