Książki kwietnia: Kordel, Musierowicz, Mróz


na luzie / 7 maja 2018

Ostatnio mam jakoś mało czasu na czytanie. Zdecydowanie mniej niż bym chciała mieć, co oznacza, że stosik pozycji “do przeczytania” rośnie zamiast maleć. Na swoje usprawiedliwienia mam tylko tyle, że doba ma 24 godziny i jakoś nie bardzo potrafię ją wydłużyć. W dodatku znaczną jej część pochłaniają czynności zupełnie, z mojego punktu widzenia, bezsensowne – spanie, praca i inne obowiązki. Te nieuczciwe i niesprawiedliwe ograniczenia powodują, że nie czytam tyle, ile bym chciała. Nie piszę również tyle, ile bym chciała. Ani nie uprawiam sportu tyle, ile bym chciała. Słowem – na nic nie mogę poświęcić wystarczająco dużo czasu.

Anioł do wynajęcia, Magdalena Kordel

“Anioł do wynajęcia” długo czekał na swoją kolej. Po lekturze innej książki tej autorki nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona do jej twórczości. Obawiałam się kolejnego niskich lotów czytadła z irytującymi bohaterami i intrygą bez jakiejkolwiek myśli przewodniej. W końcu jednak wzięłam z półki “Anioła” i jakiż było moje zaskoczenie! To jest zupełnie inny poziom.

Historia jest może nieco naciągana, ale za to jaka piękna! W końcu to książka z gatunku bożonarodzeniowych miłych historyjek, więc nie należy od niej oczekiwać realizmu, wręcz przeciwnie. Tego rodzaju książki powinny być magiczne i wprowadzać czytelnika w odpowiedni nastrój. Ta robi to wręcz wzorcowo.

Oto młoda dziewczyna, bez dachu nad głową znajduje życzliwych ludzi, którzy jej zupełnie bezinteresowanie oferują pomoc. Nie oceniają, tylko wyciągają dłoń do drugiego człowieka w potrzebie. No i jest jeszcze kawaler. Bo jakże mogłoby go nie być. Kawaler również okazuje się człowiekiem na poziomie i bez uprzedzeń. Bo prostu bajka!

Jasne, wszystko to jest mocno nierzeczywiste i ociekające lukrem, ale w końcu to powieść, a nie reportaż. “Anioła do wynajęcia” czyta się świetnie i to o każdej porze roku. Ta książka ma w sobie coś, co powoduje, że jakby lepiej patrzy się na świat.

Naprawdę warto ją przeczytać. I to nie tylko przed Bożym Narodzeniem

Ciotka Zgryzotka, Małgorzata Musierowicz

Co można napisać o kolejnym tomie Jeżycjady? Książka jest równie fajna jak jej poprzedniczki. Sympatyczna, pełna optymizmu i rodzinnego ciepła. Małgorzata Musierowicz pozostaje w formie i mam nadzieję na jeszcze wiele historii z życia rodziny Borejków. Powieści Musierowicz wspaniale pokazują jak ważna jest rodzina i jak wiele znaczy w życiu człowieka. Taka dobra, silna rodzina ma się rozumieć. W takiej rodzinie każdy ma szansę odnaleźć swoje miejsce i zyskać potrzebną pomoc i wsparcie.

Cała Jeżycjada nie tylko dobrze się czyta, ale również przypomina co tak naprawdę jest ważne.

Mróz razy dwa

Miałam już nie czytać Mroza. Ale jakoś ciężko mi było przejść obojętnie obok jego kolejnych powieści (które niestety produkuje z przerażającą prędkością). Nowa książka o Joannie Chyłce (“Testament”) niestety wpisuje się we wszystko, co napisałam o “Deniwelacji”. Dodatkowo autor nabrał niepokojącego nawyku uzupełniania luk w historii ustami bohaterów. Jest jakaś tam akcja, coś się dzieje, dalej się coś dzieje, a potem następuje koniec, który jest całkiem od czapy. Wydarzenia, które doprowadziły do tego końca z czapy opowiada nam jedno z bohaterów, bo dowiedziało się o nich od kogoś jeszcze innego. Generalnie słabość bije z tej powieści. Da się czytać, ale naprawdę momentami pojawia się ochota ciśnięcia książką o ścianę. Jest przegadana, na siłę śmieszna i kompletnie bez sensu.

Natomiast “Większość bezwzględną” przeczytałam z przyjemnością. Tu oczywiście również mamy sporo absurdów, ale przynajmniej jest jakaś w miarę sensowna akcja, bohaterowi są dobrze nakreśleni (i jeszcze nie przerysowani, choć obawiam się, że i ich czeka los Chyłki i Forsta). Mam nadzieję, że przynajmniej cykl polityczny pozostanie na poziomie, bo powieści political fiction w polskiej literaturze brakuje.

Kiedyś na spotkaniu z Elżbietą Cherezińską powiedziałam żartem, że niestety ona pisze wolniej niż ja czytam. Mam wrażenie, że Mróz pisze szybciej niż ja czytam i to wcale nie jest dobre. Może jakby po napisaniu odłożył tekst na jakiś czas, a potem przeczytał go uważnie udałoby się uniknąć przegadanych i pozbawionych sensu powieści.

“Większość bezwzględną” przeczytać warto. Na “Testament” szkoda czasu.