Książki grudnia: Cameron, Ficner-Ogonowska i Rankin

wpis w: na luzie | 0

Teoretycznie grudzień powinien być miesiącem czytania, bo wolne, bo zimno, bo Boże Narodzenie. W praktyce jednak nie wygląda to tak różowo. Początek grudnia mam zawsze “wyjęty” z życiorysu, a potem nadganiam świąteczne przygotowania. Czas na czytanie zawsze znajdę, ale nie tyle, ile bym chciała.

Psiego najlepszego, W. Bruce Cameron

Książkę przeczytałam w pociągu na trasie Lublin – Warszawa. Zajęło mi to jakieś dwie godziny, więc jak można się domyślić czyta się ją bardzo szybko. Jest to lekka i przyjemna historia, taka właśnie do przeczytania w grudniu w pociągu, kiedy człowiek marzy o Bożym Narodzeniu z rodziną, a zamiast tego jeździ po Polsce i marznie w kolei.

Główny bohater jest bardzo introwertycznym informatykiem, unika ludzi i w sumie średnio radzi sobie z własnym życiem. Któregoś dnia sąsiad podrzuca mu ciężarną suczkę i to wydarzenie jest początkiem zmian w jego życiu. Od początku czytelnik nie ma wątpliwości gdzie ta historia zmierza i że główny bohater jest bardzo dobrym człowiek, który zasługuje na szczęście (i je znajdzie). Pewna przewidywalność tej książki jest w gruncie rzeczy ogromną zaletą. Sięgając po “świąteczną” prozę mamy pewne oczekiwania – chcemy, żeby było pozytywnie, lekko i rodzinnie. To właśnie daje nam “Psiego najlepszego”.

Jeśli lubicie tego rodzaju książki, to zdecydowanie warto sięgnąć po tę powieść. Z pewnością poprawi humor, nie tylko w grudniu 🙂

Czas pokaże, Anna Ficner-Ogonowska

Dawno nie czytałam tak męczącej książki. Autentycznie musiałam się zmuszać do czytania, co zdarza mi się niezmiernie rzadko i jak już skończyłam, to miałam wrażenie, że wykonałam jakąś tytaniczną pracę.

Główna bohaterka, choć formalnie dorosła, zachowuje się jak zbuntowana nastolatka. Jej rodzina dla odmiany urwała się z jakiegoś ośrodka zamkniętego. A sama historia miłosna jest tak grubymi nićmi szyta, że coś koszmarnego. Naprawdę na samo wspomnienie robi mi się przykro.

Jakby tę powieść podzielić na sceny, to każda z nich miałaby szansę się wydarzyć, a wiele z nich moglibyśmy odnaleźć we własnym życiu. Tyle, że ich stłoczenie razem powoduje, że tracą całą swoją autentyczność. Główna bohaterka jest jakimś nieszczęsnym Kopciuszkiem, tyle że w roli złej macochy występuje jej rodzona matka. Biedna dziewczyna cały czas ma jakiś ogrom prac domowych do wykonania (sterty naczyń do pozmywania czy góry prasowania) w domu, w którym mieszkają tylko dwie dorosłe kobiety mające jakieś życie (praca, uczelnia). Rozumiem, że w oczach piętnastolatka prośba rodzicielki o wyniesienie śmieci urasta do rangi znęcania się nad dziećmi, ale bohaterka ma lat bezmała dziesięć więcej.

Problem z tą powieścią jest taki, że bohaterowie są wyjątkowo irytujący, jednowymiarowi, a w dodatku cała książka jest przegadana. Po lekturze cyklu “Alibi na szczęści” miałam nadzieję, że kolejna książka tej samej autorki będzie równie ciekawa. Niestety pomyliłam się. O ile nie jest tak, że macie jakieś skłonności masochistyczne, to naprawdę nie ma sensu po nią sięgać.

Sprawy wewnętrzne, Ian Rankin

Kolejne “pociągowe czytadło”, które pochłonęłam w grudniu. Tym razem jednak z trochę innej bajki. “Sprawy wewnętrzne”, to dość wciągająca powieść kryminalna, która idealnie nadaje się do zabicia czasu w trakcie podróży lub do czytania w odcinkach, czyli po prostu po dwie strony w wolnej chwili. Akcja jest dostatecznie wartka by wciągnąć, ale nie obfituje w zaskakujące zwroty, które powodowałyby trudności w odłożeniu lektury. Nawet czytając po zaledwie kilka stron raczej nie zgubicie wątku, bo historia jest prosta jak budowa cepa.

Głównym bohaterem jest oficer z wydziału kontroli wewnętrznej edynburskiej policji, który zostaje zaplątany w dość niejasne wydarzenia. Bez nadmiernego napięcia śledzimy prowadzone przez niego dochodzenie i poznajemy rozwiązanie wszystkich zagadek.

“Sprawy wewnętrzne” czyta się naprawdę przyjemnie, więc jeśli szukacie jakiejś lekkiej lektury do pociągu, to możecie sięgnąć po tę powieść i na pewno się nie zawiedziecie.