Akademia wizażu GOOD LOOK, czyli jak za własne pieniądze zrobiłam sobie krzywdę

wpis w: na luzie | 0

akademia good look

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że chętnie zapisałabym się na jakiś kurs od czapy. Może nawet na więcej niż jeden? Jak człowiek cały tydzień siedzi za biurkiem i pracuje głową, to fajnie jest w weekend zrobić coś innego. Jesień i zima nie sprzyjają pieszym wędrówkom i wycieczkom rowerowym, ale jakiś interesujący kurs wyplatania koszów z wikliny albo właśnie robienia makijażu mógłby być fajny.

Zapytałam wujko google i znalazłam kurs, który mi odpowiadał – jeden weekend i dobry dojazd w Akademii Good Look. Niewiele myśląc zapisałam się. Pierwszy raz od bardzo dawna miałam pójść na szkolenie zupełnie nie związane z moją pracą. To miała być taka miła odskocznia, coś zupełnie innego. Nie powiem – byłam podekscytowana.

Dzwoniłam jeszcze przed kursem do właścicielki firmy, żeby się upewnić co do szczegółów organizacyjnych. Dowiedziałam się, że na miejscu wszystko jest i własne kosmetyki można przynieść jedynie do skonsultowania. Potwierdziłam też, że moja wada wzroku nie jest problemem i spokojnie będę miała jak się malować.

Miało być tak pięknie…

Stanowisko pracy

Pierwsza rzecz, którą odkryłam od razu to fakt, że jednak wcale nie będzie tak łatwo. Stanowisko pracy w ogóle nie było zbyt wygodne – mało miejsca na produkty do makijażu, a dla krótkowidza w ogóle bez sensu. Mogę się malować tylko przy małym lusterku blisko twarzy. Ale fajnie jest je mieć na odpowiedniej wysokości. Tutaj owszem małe luterko było, ale niestety musiałam się cały czas wyginać nienaturalnie, żeby w nie patrzeć. Jeszcze kurs się dobrze nie zaczął, a już wiedziałam, że pod tym względem nie będzie idealnie.

Fakt, że mimo mojego telefonu nikt nie zadbał o przygotowanie dla mnie stanowiska pracy – wystarczyło postawić lusterko wyżej, albo dać inne krzesło powinien być dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Jednak moja intuicja akurat zrobiła sobie wolne i zamiast od razu wyjść siedziałam i czekałam na rozwój wydarzeń.

Praktyka praktyką, ale teoria musi być

Kurs był zaplanowany na 12 godzin zegarowych. Zaczął się oczywiście z lekkim poślizgiem, bo jak wiadomo w Polsce nic nie zaczyna się punktualnie. Ale tego można było się spodziewać. Potem nastąpiło najnudniejsze półtorej godziny w moim życiu. Prowadząca kurs odczytała (bez zrozumienia) drewnianym głosem jakiś skrypt o skórze. Niestety nie umiała odpowiedzieć na żadne pytanie – jedyne co potrafiła powiedzieć, to że skrypt przygotowała pani dermatolog, więc na pewno wszystko jest prawdą objawioną. I teraz wiadomość, która może zaskoczy organizatora kursu – wszyscy, którzy ukończyli szkołę podstawową umieją czytać. Skoro prowadząca nie dodaje nic od siebie, to naprawdę nie musi czytać na głos (zwłaszcza, że nie idzie jej to najlepiej). Można dać każdemu kartkę niech czyta.

To był drugi dzwonek alarmowy, ale podobnie jak poprzedni, zignorowałam go. Tłumacząc sobie, że przecież nie o pielęgnację i naukę o skórze tu chodzi, tylko o makijaż. Jakże się myliłam…

Sztuka demakijażu

Podczas rozmowy telefonicznej dowiedziałam się, że pierwsza część nauki będzie poświecona zmywaniu makijażu. Nawet się ucieszyłam, bo wiadomo, że demakijaż jest ważny. I warto go robić prawidłowo. Odpowiednio przyciskać wacik, nie trzeć w złą stronę i tak dalej.

Niestety czekało mnie rozczarowanie. Usłyszałam parę słów teorii (czyli to, co wie każdy, kto ma internet) i tyle.

W mailu zapraszającym na kurs pojawiło się zdanie:

W przypadku cer wrażliwych i alergicznych, zachęcamy do przyniesienia ze sobą swoich kosmetyków do demakijażu.

Oczywiście przyniosłam nie tylko płyn micelarny, ale również krem nawilżający. Wydawałoby się, że skoro pojawiła się taka informacja to prowadząca będzie się spodziewała, że część kursantek może mieć własny produkt do demakijażu. Tymczasem pani wizażystka była bardzo zdziwiona, że nie chcę, żeby zmywała mi makijaż jakimś przypadkowym płynem. Ale to oczywiście tylko taka uwaga na marginesie

Zaczynają się kłopoty

Po odczytaniu skryptu nastąpiło płynne przejście do praktyki. Pani wizażystka wykonała pokazowy makijaż na jednej z nas. Zgłosiłam się na ochotnika, bo byłam ciekawa jak mnie pomaluje. Siedziałam sobie wygodnie i czekałam na efekt wow. Rzecz jasna nie widziałam co robi, jedynie słyszałam.

Trochę zaniepokoił mnie fakt, że robiła makijaż na skórze bez kremu nawilżającego, ale uznałam, że skoro i tak za chwilę go zmyję, to przecież nic nie szkodzi. Teraz już nie jestem taka przekonana. Na tą moją biedną twarz, zaraz po przetarciu jej wacikiem z płynem micelarnym została nałożona baza i ogromna ilość podkłada. Jak sama się maluję, to wystarczy mi jedna, maks półtorej pompki. Pani wizażystka użyła czterech czy pięciu. Generalnie używam znacznie mniej produktów niż ona, ale siedziałam spokojnie nie protestując i czekając na efekt. W końcu mogłam odwrócić się do lustra. I tu nastąpił szok.

Zawodowa wizażystka mając po ręką kilkadziesiąt podkładów i dobre światło użyła za ciemnego koloru. I w dodatku zrobiła to w zasadzie celowo, bo cały czas mieszała kolor ciemniejszy z jaśniejszym. Po cholerę w ogóle dotykała tego ciemniejszego?

Generalni zrobiła mi brzydki, za ciemny makijaż, który mnie postarzał. Czy naprawdę o to chodzi w malowaniu się? To było coś koszmarnego.

Wtedy już wiedziałam, że za wiele się na tym kursie nie nauczę, ale niestety postanowiłam zostać do końca.

Nie rób mi krzywdy, proszę

Dalej było już tylko gorzej. Kosmetyki do makijażu takie zwykłe z drogerii, choć część z nich była raczej z tych gorszych drogeryjnych marek. Spodziewałam się raczej kosmetyków profesjonalnych, ale nie ma co wydziwiać. Jakość może średnia, ale nie powinny być szkodliwe.

Każda kursantka miała do dyspozycji zestaw pędzli i tu już był dramat. Pędzle rozpadały się od samego patrzenia, wychodziły z nich włoski i, o zgrozo, klej! Były nierówne, zniszczone i było ich za mało. Na jedną osobę wypadało średnio półtora pędzla do cieni, co nie ułatwia stworzenia na powiekach arcydzieła. Z tym wszystkim mogłabym się pogodzić, gdyby nie to, że te pędzle były zwyczajnie twarde i drapały. Drapały twarz i potwornie drapały oczy. Ich używanie było bardzo nieprzyjemne. Jak wróciłam do domu miałam całą twarz czerwoną i czerwono-fioletowe łzawiące oczy. Koszmar!

oczy
Tak wyglądały moje oczy po kontakcie z fantastycznymi pędzlami w Akademii Good Look.

Chcę się czegoś nauczyć, ale jak?

Kurs miał się składać głównie z zajęć praktycznych. I faktycznie każdy mógł zrobić sobie dwa razy makijaż. DWA RAZY! Tak, w ciągu sześciu godzić (na tyle był zaplanowany kurs) można było zrobić dwa razy makijaż. Na koniec podchodziła prowadząca i mówiła:

“Źle. Za wysoko.”

“Źle. Za nisko.”

Tyle było tej nauki. Znacznie więcej można nauczyć się z filmów na youtube. Miałam nadzieję, że prowadząca kurs zobaczy, czy dobrze trzymam pędzel, czy dobre ruchy wykonuje, popatrzy co i jak robię i wtedy doradzi. Na to niestety nie mogłam liczyć. Prowadząca jedynie zgadzał się wykonać makijaż jednego oka. Co było o tyle bez sensu, że mając zamknięte oczy ciężko było patrzeć co robi…

Krótko mówiąc tak zwany kurs okazał się kompletną stratą czasu.

Kilka “smaczków”

Na koniec dwa świetne cytaty z prowadzącej:

“Jak same używacie pędzli, to nie musicie ich myć.” – Serio? Majtki też sama noszę, to mogę ich nie prać?

“Tu ci się robi plama, bo masz inną strukturę skóry. To sobie możesz włosami zasłonić.” – A ja naiwna myślałam, że po to jest kurs makijażu, żeby nauczyć się rozwiązać problem inaczej niż zakrywając włosami.

Generalnie prowadząca sporo “mądrości” wygłosiła, ale tych dwóch nic nie przebije. Za to zajęcia skończyła pół godziny przed czasem. Biorąc pod uwagę jak wielką były stratą czasu, to dobrze. Ale jednak skracanie płatnego kursu bez wyraźnej prośby ze strony uczestników jest cokolwiek słabe.

Drugiego dnia nie poszłam na kurs. Wywaliłam w błoto 400 zł, ale przynajmniej spędziłam miłą niedzielę w towarzystwie Ewy Chodakowskiej nie ekranie komputera.

Chciałam przekazać moje uwagi właścicielce tej “szkoły”, ale niestety nie udało się do niej dodzwonić. Rzecz jasna nie oddzwoniła. Napisałam więc maila, na którego nie otrzymałam odpowiedzi, co każe sądzić, że to, co opisałam powyżej jest standardem a nie jakąś koszmarną pomyłką czy wypadkiem przy pracy.

Ostrzegam przed szkolą Akademia Good Look, bo nie tylko niczego nie uczy, ale w dodatku można zrobić sobie krzywdę.