Home made: piekę bułeczki z makiem

wpis w: lifestyle, w kuchni | 0
Ostatnio coraz bardziej popularne staje się robienie różnych rzeczy samemu zamiast kupowania gotowych. Począwszy od pieczenie domowego chleba, poprzez robienie naturalnych kosmetyków, na tworzeniu biżuterii i szyciu ubrań skończywszy. Handmade i homemade są teraz zdecydowanie na topie.
Jeszcze nie tak dawno ludzi raczej dążyli do tego, by móc wszystko kupować – możliwość kupowania nowych rzeczy była synonimem dobrobytu. Pamiętam, że w szkole podstawowej mieliśmy lekcje ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne), które przez wielu uczniów (a także rodziców) były uważane za całkowicie zbędne. Jak w rajstopach zrobiła się dziura, to się je po prostu wyrzucało i kupowało nowe. Swetry się kupowało w sklepie, a nie robiło samemu na drutach. Szydełkowanie, haftowanie czy majsterkowanie wydawały się odchodzić bezpowrotnie do lamusa.
A dziś co się okazuje? Że rękodzieło jest trendy, że znów wypiekamy w domu pieczywo, że zamiast iść do cukierni wolimy poświęcić czas i przygotować domowe ciasto. To wszystko jest oczywiście praco- i czasochłonne, jednak jakość tego, co oferują nam sklepy odbiega często od naszych oczekiwań. Mnóstwo chemii i najtańsze składniki. Zaś jedzenie wysokiej jakości (lub przynajmniej takie sprawiające wrażenie) kosztuje bardzo dużo.
I tak historia zatoczyła koło. Nasze mamy robiły nam ubranka, kocyki i soczki w sokowirówce i my robimy dla naszych dzieci dokładnie to samo.
Będąc osobą wrażliwą na trendy (i na ceny) również poddaję się tej modzie. Przynajmniej w jakimś stopniu.
Chleb pieczemy sami już od dawna. Z mąki pełnoziarnistej, na zakwasie, z dużą ilością pysznych ziarenek. Początki wprawdzie były trudne, ale po kilku(nastu) próbach udało nam się dopracować nasz chlebek. W tej chwili ma już w zasadzie tylko jedną wadę – zdecydowanie za szybko znika.
Pełnoziarnisty chleb jest z pewnością zdrowszy i w ogóle pod każdym względem lepszy od białego pieczywa. Nie mam zamiaru z tym dyskutować. Jednak umiar jest dobry we wszystkim, a czasem człowiek ma ochotę na coś lekko mniej zdrowego, ale za to pysznego. Pamiętam z dzieciństwa smak bułki. Bułeczka z masełkiem i serem żółtym, to było coś przepysznego. Jednak próby kupienia podobnej bułki kończyły się niepowodzeniem. Bułka powinna być chrupiąca z zewnątrz, a w środku mięciutka i delikatna. Większość bułek, które znalazłam w sklepach była w całości gumowa. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i bułkę upiec. Nie że całą wielką bułkę od razu. Na początek postanowiłam zmierzyć się z bułeczkami. Takimi prostymi i mega smaczniastymi 🙂
Wybór przepisu zajął mi chwilę, bo większość była zbyt skomplikowana. Jestem tylko prostym etnologiem i zawiłe przypisy z dużą liczbą składników mniej odstraszają. Z góry wiem, że im nie podołam. W końcu znalazłam idealnie prosty przepis na stronie Moje Wypieki.
Bułeczki wyszły przepyszne. Nie takie jak pamiętam z dzieciństwa, ale również doskonałe. Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że przez lata moja wyobraźnia zmodyfikowała rzeczywisty smak pieczywa i powinnam się pogodzić z tym, że już nigdy nic nie będzie tak dobre.
Poniżej zdjęcia bułeczek w różnych stadiach powstawania.
Wszystkie składniki wybełtane w mojej ulubionej misce 🙂
Ciasto się przyjemnie wyrabiało – co mnie bardzo miło zaskoczyło 🙂
Ciasto wyrosło!!! Pierwszy raz zobaczyłam wyrośnięte ciasto. Dotychczas myślałam, że „podwojenie objętości” to mit, który służy pognębieniu mniej perfekcyjnych pań domu. Wszystkie (3) moje poprzednie ciasta drożdżowe wyrastały tak, że tylko porównanie zdjęć „przed” i „po” pozwalało określić, czy w ogóle zwiększyły swoją objętość.
A oto efekt końcowy 🙂 Wprawdzie nie są równej wielkości, ale i tak są śliczne 🙂 Poza tym, kto powiedział, że wszystkie bułeczki powinny być taki same? Tym sposobem mam bułeczki na mały głód i na wielki apetyt 🙂