Codziennik: więcej luzu


codziennik / 4 lutego 2019

Końcówka roku 2018 była dla mnie pod wielu względami bardzo trudna. Na szczęście ten rok zaczął się lepiej. Styczeń zaczęłam mocnym akcentem w pracy, ale wszystko dobrze poszło i po intensywnych dwóch tygodniach wróciłam do normalnego rytmu życiu.

Organizacja życia

Po niezbyt fajnym okresie doszłam do wniosku, że priorytetem jest dla mnie lepsze zorganizowanie się. Nie da się robić wszystkiego, mieć na wszystko czas i pieniądze i jeszcze do tego dbać o siebie. Zrobiłam przegląd różnych rzeczy, które robię, żeby wybrać to, co dla mnie najważniejsze.

Na pierwszy miejscu jest oczywiście sen. Mam skłonność do skracania czasu odpoczynku na rzecz innych zajęć. Bo jeszcze to czy tamto powinnam zrobić. A to naprawdę nie jest dobry pomysł. Od jakiegoś czasu godzina pójścia spać jest dla mnie święta. Jak czegoś nie zrobiłam, to zostaje nie zrobione. Trudno. Zdrowie jest najważniejsze. Poza tym staram się racjonalnie gospodarować czasem, w taki sposób, żeby nie lekceważąc obowiązków mieć też okazję zrobić coś przyjemnego. Czasem oznacza to, że wybiorę książkę zamiast prasowania, albo zjemy gotowe danie na obiad. Nie mam zamiaru się tym specjalnie przejmować, bo zdrowie psychiczne jest też niezwykle ważne.

Czytam, bo lubię

Dzięki nieco luźniejszemu podejściu do tego, co “muszę” robić znalazłam więcej czasu na czytanie. W styczniu przeczytałam osiem książek. To więcej niż przez poprzednie trzy miesiące. Nie były to pozycje zbyt ambitne, ale też moim celem nie było poszerzenie wiedzy, a po prostu relaks z książką.

Z ogromną przyjemnością przeczytałam książki Ryszarda Ćwirleja z cyklu Milicjanci z Poznania . Autor pisze o czasach, których nie mam szansy pamiętać i to w sposób niezwykle interesujący. Niby znam historię, teoretycznie wiem jak wyglądało życie w PRLu, ale sama tego nie doświadczyłam. Oczywiście sama fabuła też jest ciekawa, ale tło społeczne w tym wypadku też jest dla mnie ogromnym plusem.

Czytania w styczniu było dużo i mam nadzieję, że ten trend się utrzyma 🙂

W zdrowym ciele zdrowy duch

Sport jest dla mnie ważny. Lubię się ruszać, biegać, ćwiczyć. Ale bez odpowiedniego uzupełnienia łatwo zrobić sobie krzywdę. Regularnie odwiedzam fizjoterapeutę, bo lepiej zapobiegać niż leczyć. W styczniu skończyło się na dwóch wizytach oraz propozycji nowych ćwiczeń. Nie powiem, że lubię te ćwiczenia. Tak samo jak nie lubię rolowania, piłkowania i rozciągania pośladków. Nudne i umiarkowanie przyjemne. Ale lepsze to niż jakaś nieprzyjemna kontuzja.

W ramach rozluźniania mięśni (oraz podnoszenia odporności) byłam parę razy na saunie. Pierwszy raz od remontu odwiedziłam kompleks saun na inflanckiej i trzeba przyznać, że jest całkiem przyjemnie. Wciąż moje ulubione są sauny w Aquaparku w Zakopanem, ale Inflancka też daje radę 🙂 Jednego tylko pojąć nie mogę – ludzi wchodzących do sauny w strojach kąpielowych. Naprawdę nie wiem skąd taki pomysł…

Przez żołądek do…

Ogólna rozlazłość, która mnie dopadła spowodowała, że nie bardzo miałam chęć na dbanie o zawartość talerza. Może nawet nie tyle zawartość, co estetykę i urozmaicenie. Nie miałam weny, żeby wymyślać ładne, smaczne i pożywne potrawy. I trochę mi tego brakowało. Dlatego w tym roku wróciłam do weekendowego dbania o to, by zaspokoić nie tylko zmysł smaku i wzroku.

W każdy styczniowy weekend robimy sobie coś fajnego do jedzenia. Nie zawsze są to super-hiper fit potrawy. Bo pizzę na przykład ciężko do takich zaliczyć. Ale chodzi o to, żeby wspólnie coś upichcić. Przy okazji to taki sposób na spędzenie czasu razem 🙂

Mam nadzieję, że luty będzie jeszcze lepszy od stycznia 🙂