Codziennik: czy w tym szaleństwie jest metoda?


codziennik / 3 marca 2019

Za każdym razem kiedy rozglądam się po mieszkaniu szlag mnie trafia równo. Chaos jest wszędzie. Ostatnio na szkoleniu usłyszałam, że dla rozwoju kreatywności warto czasem coś zrobić inaczej lub położyć gdzieś indziej niż zwykle. Dla mnie wyzwaniem jest położyć coś w to samo miejsce, z którego to coś wzięłam. Nie mam siły ani ochoty z tym walczyć, więc staram się za często nie rozglądać. Za to robię inne rzeczy.

Czytam, bo lubię

Po jakimś kryzysie w listopadzie i grudniu, od początku roku wręcz pożeram książki. Minęły dwa miesiące, a ja przeczytałam już jedenaście książek. W lutym kontynuowałam cykl Ryszarda Ćwirleja o milicjantach z Poznania. Ale nie ograniczałam się tylko do kryminałów. Trafił się też romans, książka historyczna i popularno-naukowa. A lista pozycji do przeczytania jest bardzo długa.

Od pewnego czasu bardziej świadomie korzystam z doby i wybieram to, co jest dla mnie najważniejsze. Być może nie są to standardowe wybory. Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że mam bardzo źle ustawione priorytety, ale przeczytanie książki jest dla mnie bardziej istotne niż zrobienie porządku. To jeden z powodów, dla których otacza mnie nieład. Ale z tym mogę żyć. A bez czytania jest mi znacznie gorzej.

Lutowe bieganie

Luty okazał się bardzo biegowym miesiącem. Nie spodziewałam się tego, ale wyszło, że przebiegłam prawie 130 km. Jak na mnie, to bardzo dużo. Bieganie (i w ogóle sport) jest dla mnie bardzo ważne i to jest kolejna rzecz, z której nie rezygnują tylko dlatego, że trzeba wykonać jakieś nudne prace domowe.

Ruch to nie tylko dbanie o kondycję. Dla mnie aktywność fizyczna jest przede wszystkim sposobem na zadbanie o zdrowie psychiczne. Ruszając się “oczyszczam” głowę. Mogę przemyśleć różne sprawy, nabrać dystansu i poukładać sobie wszystko w głowie. To taka forma terapii. Zawsze najlepiej myślało mi się w ruchu i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Żeby dobrze się czuć muszę coś robić.

W każdy lutowy weekend robiłam długi, odprężający bieg. Na koniec przebiegłam półmaraton w Wiązownej. Myślę, że kolejne miesiące przyniosą jeszcze więcej kilometrów. Jak będzie cieplej, to łatwiej się będzie wychodziło. Z niecierpliwością czekam na ostateczny początek wiosny i mam tylko nadzieję, że nie będzie deszczowa.

Spotkanie biegowe

W Sklepie Biegacza zorganizowana spotkanie z Marcinem Świercem połączone z promocją jego książki “Czas na Ultra”. Postanowiliśmy pójść. Nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Byłam na spotkaniach autorskich pisarzy. Byłam też na spotkaniach ze sportowcami. Ale tutaj mieliśmy takie dwa w jednym. Byłam bardzo ciekawa, czy to będzie dobre połączenie.

Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie liczba osób, która przyszła. Zajęte były wszystkie miejsce stające i część osób (w tym my musiała stać). Spotkanie prowadziła dziennikarka i była to raczej prezentacja osoby niż typowe spotkanie autorskie. Niemniej z zainteresowaniem obejrzałam slajdy i wysłuchałam historii. To było takie zetknięcie z zupełnie innym światem. Sport zawodowy jest mi bliski, ale zawodowe bieganie ultra, to jednak zupełnie inna bajka niż sporty bardziej tradycyjne. W bieganiu niesamowite jest to, że amator może startować obok zawodowca, medalisty mistrzostw świata. A potem spotkać się z takim człowiekiem na promocji jego książki. Z resztą na spotkaniu były też osoby, które biegły razem z Marcinem Świercem.

Bardzo się cieszę, że poszliśmy na to spotkanie. Raz, że mam książkę z autografem. Dwa, że było naprawdę ciekawie. Książki jeszcze nie czytałam. Jakoś szkoda mi ją zaczynać, bo zaraz potem ją skończę i może mi być przykro. Więc na razie ją “oszczędzam”.

Pączkowy bieg

Swego rodzaju finałem tego biegowe miesiąca był bieg Wybiegaj Pączka #5 również w Sklepie Biegacza na Powiślu. Oczywiście w Tłusty Czwartek 🙂 Koncepcja biegu jest dość prosta. Biegnie się pętelkę, zjada pół pączka, znowu się biegnie pętelkę i zjada pączka i tak sześć razy.

Mieliśmy trochę szczęścia, bo udało mi się zauważyć ogłoszenie o biegu akurat na czas. Potem czatowaliśmy na otwarcie zapisów, żeby od razu się zapisać. Okazało się, że to był dobry pomysł, bo miejsca rozeszły się w mniej niż godzinę.

Początek imprezy był zaplanowany na 18. Niestety organizacja na miejscu była nieco niedoskonała, więc tak naprawdę wszystka zaczęło się z prawie godzinnym opóźnieniem. Ale to nie ma aż takiego znaczenia. Pogoda była w porządku, pączki smaczne, dostaliśmy koszulki i kupony rabatowe i całkiem fajnie się bawiliśmy. To było bardzo udane zakończenie miesiąca 🙂