Codziennik: co się polepszy, to się…


codziennik / 5 kwietnia 2019

Końcówka lutego upłynęłam mi pod znakiem biegania. Ostatnia niedziela miesiąca – półmaraton w Wiązownej, a potem w Tłusty Czwartek Bieg po Pączka w Sklepie Biegacza. Wracając z Powiśla z brzuszkami pełnymi pysznych pączków stwierdziliśmy, że wyjątkowo dobrze przetrwaliśmy zimowy sezon grypowy. Dla przypomnienia – to był w czwartek. W sobotę poszłam pobiegać, w niedziele z dużym trudem zrobiłam jakieś ćwiczenia ogólnorozwojowe i doszłam do wniosku, że chyba jestem przemęczona. W poniedziałek pojawił się kaszel, a we wtorek zamiast do pracy poszłam do lekarza. Resztę tygodnia spędziłam w domu lecząc infekcję.

Ale co cię nie zabije…

W trakcie choroby mogłam podziwiać przez okno piękną pogodą i oglądać na Instagramie zdjęcia znajomych, którzy ją wykorzystali do zażycia aktywności w plenerze. Ja natomiast czytałam książki, oglądałam na Netflixie „Dom z papieru” i miałam nadzieję, że na weekend dojdę do siebie i pogoda będzie wtedy równie ładna.

To pierwsze się ziściło. To drugie jakby trochę mniej. 10 marca mieliśmy zaplanowany bieg w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie. Gdyby pogada była taka jak wcześniej… No ale fakty były takie, że były zimno, pochmurno i bardzo wietrznie. Do tego biuro zawodów było zorganizowane w hangarze, gdzie temperatura byłą chyba ujemna. Zimno było strasznie. Czekając na start naprawdę żałowałam, że nie zostałam w domu. Gdyby nie to, że zamiast czipa w numerze startowym były zwrotne czipy pewnie zabrałabym numer startowy i pojechała do domu. Ale głupio oddawać czip przed biegiem. Więc jakoś doczekaliśmy startu.

Po fakcie oczywiście nie żałuję, że zostaliśmy. Raz, że na mecie były pyszne drożdżówki. A dwa, że nie rozchorowaliśmy się, ani nie było żadnych innych nieprzyjemnych konsekwencji tego biegu. Więc pozostało zadowolenie, wspomnienie pysznej drożdżówki i ładny medal.

…zawsze może zabić kogoś innego

Infekcja na początku miesiąca nieco pokrzyżowała mi plany. Rocznicę ślubu zamiast na randce z mężem spędziłam na kanapie przed telewizorem owinięta kocem. Mąż stanął na wysokości zadania i dostarczył żarcie z knajpy do domu i dokupił do prezentu (nowych słuchawek bezprzewodowych) książkę „Rzeźnik. Historia kultowego biegu”. Skoro nie mogłam wychodzić z domu, to żebym mogła o bieganiu chociaż poczytać. Fajnie jest czasem posiedzieć na kanapie, poczytać czy pooglądać coś. Ale znacznie mniej fajnie jest wtedy, kiedy chciałoby się zrobić coś innego. Ale cóż, życie…

Jakieś dwa tygodnie po chorobie w końcu przestałam kaszleć, kichać i prychać. Pogoda zrobiłam się przyjemnie wiosenna, a my byliśmy zapisani na Półmaraton Leśny w Legionowie. Wszystko składało się idealnie. Tylko że w środę przed biegiem mąż zameldował się z temperaturą 38,5. I tak przestało się składać. W czwartek można było jeszcze mieć nadzieję, że w sobotę pobiegniemy razem. W piątek oczywiste stało się, że albo biegnę sama, albo wcale. Chwilę się wahałam. Wiedziałam, że będzie bardzo fajnie. A słuchanie o fajnym biegu, w którym nie wzięło się udziału jest słabe. Rozważałam więc solidarne siedzenie w domu. Ale skoro pakiety już były opłacone, to jednak pojechałam. I rzecz jasna było fajnie, tylko brakowało mojej drugiej połówki.

Szlachetnie zdrowie, pieniążki kochane

I tak od choroby do choroby dobrnęliśmy do końca miesiąca. Jest wiosna, robi się coraz cieplej i przyjemniej. Mamy trochę ciekawych pomysłów i planów. Czy uda się je zrealizować? Wszystko zależy od tego czy zdrowie i portfel pozwolą. Ostatnie miesiące w gruncie rzeczy nie były zbyt łaskawe, więc mam nadzieję, że po okresie chudym nadejdzie ten tłusty (w przenośni rzecz jasna). Na razie planuję ostrożnie. W zasadzie jedno tylko przedsięwzięcie jest już zaklepane choć termin daleki. Ale tutaj za bardzo nie było wyboru.