Codziennik: rozbiegany miesiąc


codziennik / 7 czerwca 2019

Ostatni miesiąc upłynął zdecydowanie pod znakiem biegania. W sumie Garmin zarejestrował prawie 160 km, z czego ponad połowa to były jakieś zawody. Pięć biegów w cztery weekendy, to jak na mnie naprawdę dużo. W zasadzie przez cały maj albo biegałam albo się regenerowałam po bieganiu, albo szykowałam się na kolejny bieg. Na wiele więcej nie starczyło już czasu. W między czasie postarałam się znaleźć chwilę, żeby jakoś uczcić urodziny najpierw męża, potem moje. Ale szczerze mówiąc to zniknęło przytłoczone bieganiem 🙂

Bieg Konstytucji 3 Maja

Początkowo nie planowałam brać udziału. Biegi organizowane przez Miasto Warszawę średnio mi się podobają. Jest dużo ludzi i chaos organizacyjny. Podobno jest fajna atmosfera. Ja jej nie zauważyłam. Ale z drugiej strony trasa Biegu Konstytucji jest ciekawa i powtarzalna.  Można więc porównać wynik rok do roku. I właśnie z tego powodu postanowiłam się jednak zapisać. Chciałam sprawdzić o ile poprawię czas z ubiegłego roku i czy pobiegnę poniżej 25 minut.

Wszystko szło bardzo pięknie do czasu. W połowie kwietnia dopadła mnie infekcja i konieczny był antybiotyk. To oznaczało, że na starcie stanęłam bardzo osłabiona i nie miałam jakiś specjalnych nadziei na wynik poniżej 25 minut. Początek był całkiem dobry – pierwsze dwa kilometry biegłam tempem poniżej 5 min/km, ale potem była Agrykola. Tutaj jasne dla mnie było, że zwolnię i z resztą taki był początkowo plan. Liczyłam, że na płaskim wrócę do dobrego tempa, a na zbiegu nadrobię to, co stracę na podbiegu. Tak miał wyglądać ten bieg gdybym tuż przed nie chorowała. W praktyce wyszło tak, że po podbiegu zaczęło mi się kręcić w głowie i czułam się jakbym miała zaraz zemdleć. Kolejny kilometr wypadł poniżej zakładanego tempa. Potem doszłam trochę do siebie i faktycznie na zbiegu Górnośląską ładnie przyspieszyłam (choć nie tak ładnie jak chciałam). Skończyło się na 25:39.

Ogólnie wrażenia miałam takie jak rok wcześniej – chaos, wolontariusze nic nie wiedzą i są nieuprzejmi. Jak ktoś sam nie zatroszczy się o to, żeby wziąć sobie picie i banana, to nikt mu nie poda. Strefa mety w zasadzie jest niezorganizowana. Dobrze, że medalu nie trzeba szukać. No ale można się porównać z wyniki z poprzednich lat i to jest naprawdę jedyna zaleta tego biegu.

Co dwa biegi, to nie jeden: IX Półmaraton Szelkowski i VI Bieg Łosia

Zapisywanie na biegi przychodzi mi naprawdę łatwo. Dlatego bez większego problemu zapisałam się na Bieg Łosia w Puszczy Kampinoskiej dzień po Półmaratonie Szelkowskim. Najpierw 21 km po asfalcie, a następnego dnia 17 km po lesie wydawało się całkiem dobrym pomysłem. Tylko nie wzięłam pod uwagę tego jak będzie te 21 km wyglądać. Gdybym biegła na większym luzie, lepiej jadła i przede wszystkim więcej piła, to zapewne wszystko wyglądałoby inaczej. Tylko, że nie wyglądało inaczej…

Już wracając z Szelkowa wiedziałam, że Bieg Łosia to będzie raczej wycieczka biegowa a nie zawody. Z takim właśnie podejściem wstałam kolejnego dnia rano. Początkowo mieliśmy biec z mężem razem, ale Tomek w zasadzie od razu stwierdził, że nie da się tak wolno biec. I tak sobie pomalutku truchtałam przed siebie, czasem szłam, czasem zatrzymywałam się i robiłam zdjęcia, a potem wszystko wrzucałam do relacji na Instagramie.

Mimo, że te 17 km biegłam dłużej niż 21 km dzień wcześniej czas minął mi bardzo szybko. Zegarek pokazywał mi tętno zamiast standardowych: tempa, czasu i dystansu i tylko co jakiś czas przestawiałam, żeby zobaczyć jaki dystans już za mną (i czy aby nie powinnam czegoś zjeść J ). Za każdym razem byłam zdziwiona, że już tyle kilometrów przebiegłam. W lesie czas płynie inaczej. Przypuszczam, że na asfalcie nie byłabym w stanie tak „pobiec”, czas by mi się potwornie dłużył i marzyłabym o mecie. A tutaj po prostu cieszyłam się każdą chwilą spędzoną na biegu. W jakimś sensie nawet fajne było to, że bieg tyle trwał.

Ale nawet najfajniejszy bieg kiedyś się kończy. Po dobiegnięciu do mety zjadłam zupę i parę ciastek. A potem zapragnęłam kabanosa. Kabanosa, którego oczywiście nie miałam. Ale miała siedząca naprzeciwko mnie dziewczyna. I ona sobie tego kabanosa jadła, a ja patrzyłam i mi ślinka ciekła. Na kolejne takie biegi będą ze mną jeździć kabanoski 🙂

Ten bieg – Ultraroztocze 2019

Najważniejszym biegiem w maju było Ultraroztocze na dystansie 30km. Decyzja o zapisie zapadła w ubiegłym roku. Pierwotny plan na maj był zupełnie inny, ale potem gdzieś na horyzoncie zamajaczył bieg na Roztoczu i pach – zapisaliśmy się.

Założenie było takie, że biegniemy razem i w dodatku na pełnym luzie. Mieliśmy zamiar w pełni skorzystać z dobrodziejstw punktów odżywczych, a te zapowiadały się nader zacnie.  I tak właśnie biegliśmy. Powoli, rozkoszując się widokami i robiąc zdjęcia. Miałam plan napisać potem obszerną relację z biegu okraszaną licznymi zdjęciami. A widoki na roztoczu są naprawdę piękne. Posiedzieliśmy na punkcie, potem na drugim też się nie spieszyliśmy. Powoli zmierzaliśmy w kierunku mety. Trochę biegliśmy, ale więcej szliśmy i mieliśmy radochę. W pewnym momencie nawet zaczęliśmy sobie żartować, że ten bieg jest trochę jak Igrzyska Śmierci. Krótko przed meta ktoś włączył ulewę, a potem przesunął metę o parę kilometrów, żeby nie było nudno.

Wszystko było pięknie i super. W limicie się nie zmieściliśmy w zasadzie (przez te dodatkowe kilometry), ale to pewnego momentu miałam na to wywalone. A potem już nie miałam wywalone. I nie wiem nawet kiedy to się stało.  Coś się zmieniło. Jeszcze chwilę wcześniej planowaliśmy powrót, ale na trasę 60km, a za moment wszystko było inaczej – wiedziałam, że wrócę, ale na 30km po to, żeby pobiec szybko. Ten bieg wszedł mi na ambicję. Nie wiem dlaczego. W zasadzie nie ma powodu, żeby tak się stało. A jednak. I tak zamiast pisać relację zaczęłam szykować się na Ultraroztocze 2020.

Piątka na początek, piątka na koniec

Ostatnim biegiem w maju była Piaseczyńska Piątka, na którą prawie się spóźniliśmy. Początkowo myślałam, żeby pobiec nieco szybciej, ale odpuściłam. Trasa jest dość trudna – pierwszy kilometr pod górkę, a potem też jest pofalowana. Poza tym byłam zwyczajnie zmęczona, bo na bieg jechaliśmy rowerem i pojechaliśmy źle. To oznaczało, że trzeba było mocniej pocisnąć, żeby zdążyć i już nie bardzo miałam ochotę na ściganie się.

Życiówka na “piątkę” musi poczekać do przyszłego roku, a w czerwcu może spróbuję poprawić czas na “dychę 🙂