Codziennik: naukowy styczeń


codziennik / 3 lutego 2018

Styczeń to jeden z moich dwóch najmniej ulubionych miesięcy roku. Jest zimno, ciemoa i w zasadzie należałoby siedzieć w domu pod kocem i czytać książki. Względnie oglądać filmy. Albo grać w coś. W tym roku jednak, co zupełnie nie w moim stylu, styczeń upłynął pod znakiem wychodzenia z domu i nauki. A także oczywiście nierównej walki z zapaleniem zatok – to akurat styczniowy standard.

Nauka, nauka i jeszcze raz nauka

W styczniu uczestniczyłam w dwóch szkoleniach i do tego miałam jeszcze zajęcia na studiach podyplomowych. Na szczęście tylko jedno z tych szkoleń było stacjonarne, drugie było on-line. Nie zrozumcie mnie źle – szkolenia stacjonarne są naprawdę super, ale nie zimą. Zimą zdecydowanie lepsze są szkolenia przez internet. Można wtedy siedzieć sobie w ciepłym dresiku i jednocześnie chłonąć wiedzę.

Bardzo się cieszę, że miałam możliwość uczestniczenia w tych szkoleniach – dawno już nie miałam takiego maratonu naukowego jak w styczniu tego roku. Już zapomniałam, że ja po prostu lubię się uczyć. Takim jestem nietypowym stworem, że przyswajanie wiedzy sprawia mi frajdę.

Z jednej strony zrobiłam coś fajnego, a jednocześnie poszerzyłam wiedzę z interesujących mnie tematów – czy można sobie wyobrazić coś lepszego?

III Kongres Żywieniowy

Zdecydowanie najważniejszym wydarzeń stycznia był III Kongres Żywieniowy, który odbył się na Stadionie Narodowym. W tym roku poświęcony był żywieniu i aktywności fizycznej osób starszych. Temat jest niezwykle ważny. Osób starszych w społeczeństwie przybywa, natomiast zdrowie seniorów w Polsce niestety nie jest równie dobre jak na przykład w Japonii.

Na kongresie zaprezentowano piramidę żywienia dedykowaną właśnie seniorom, omówiono również strategie żywieniowe w chorobach oraz rolę aktywności fizycznej. Wykłady były naprawdę ciekawe i otworzyły mi oczy na wiele spraw. Z całą pewnością w przyszłym roku również będę chciała uczestniczyć w Kongresie.

Bonus od sponsorów

Pewnym bonusem uczestniczenia w tego rodzaju wydarzeniach jest obecność stoisk, na których sponsorzy prezentują i rozdają swoje produkty. Jest to okazja do zapoznania się z ofertą zdrowych produktów w ofercie wiodących marek. Nie chodzi o zdrowe produkty w takim rozumieniu jak najczęściej jest prezentowane – czyli niespotykane owoce, egzotyczne superfoods czy fitdania. Chodzi po prostu o zwykłe jedzenie, tyle że z dobrym składem, bez wynalazków i udziwnień.

Osoby propagujące zdrowy styl życia, a także wielu z tych, którzy faktycznie starają się żyć zdrowo mają skłonność do popadania ze skrajności w skrajność. Ograniczają dietę do tego, co można znaleźć na “półce zdrowia”, a to naprawdę nie tędy droga. Zwłaszcza w przypadku osób starszych ważne jest, aby zaproponować im to, co znają tylko zdrowsze. Przy czym osobom młodszym też by nie zaszkodziło bardziej racjonalne podejście – nie trzeba żywić się tylko nasionami chia i owocami goji zalanymi mlekiem migdałowym.

Skorzystałam z okazji i sporo oferowanych produktów wzięłam na próbę. Szczególnie podobało mi się stoisko Jeronimo Martins, czyli Biedronki. Nawet nie wiedziałam, że w Biedronce jest tyle fajnych, zdrowych rzeczy. Być może zrobię rekonesans i w osobnym tekście napiszę o tym, co warto tam kupić.

Szwankujące zdrowie, czyli brak sportu

Pod względem rozwoju intelektualnego styczeń był wyjątkowo udany. Niestety pod innymi względami już nieco mniej. Złapałam jakąś paskudną infekcję, która zakończyła się w sposób dla mnie typowy, czyli zapaleniem zatok. To oznacza, że sportu w styczniu uprawiałam mniej niż bym chciała.

Odkryłam wprawdzie bieżnię, ale zaraz po jej odkryciu musiałam się z nią rozstać na tydzień. Wciąż jeszcze mam problem z bieganiem (i w ogóle bardziej intensywnym wysiłkiem), bo zatkany nos nie sprzyja sprzyja rozwijaniu zawrotnych prędkości na dłuższą metą.

Mam nadzieję, że wkrótce pogoda się poprawi i moje zatoki w końcu zaczną dobrze działać. Cały czas planuję w tym sezonie biegać na poważnie w plenerze, a do tego sprawny nos jest niezbędny.