Codziennik: miesiąc bez weekendów


codziennik / 2 marca 2018

Mam skłonność do łapania kilku srok za ogon. Zapominam przy tym, że doba ma tylko 24 godziny, a pewne rzeczy same się nie chcą robić. Efekt jest taki, że przez ostatni miesiąc nie miałam ani jednego wolnego dnia. W tygodniu praca, a w weekendy szkoła, urodziny Taty i zaraz potem imieniny Mamy. Do tego dwa szkolenia on-line i jeszcze wyjazd do Radomia. Jakby tego było mało, to moje zatoki w końcu skutecznie skłoniły mnie do odwiedzenia gabinety lekarskiego, z którego wyszłam z receptą na antybiotyk. No i rzecz jasna Walentynki, które obchodziliśmy w ostatki. Działo się 🙂

Brak wolnych weekendów był moją (w miarę) świadomą decyzją, ale drugie szkolenie on-line i wyjazd wpadły trochę niespodziewanie.

 

Logistyka to podstawa

Żeby przeżyć taki intensywny miesiąc musiałam się trochę do tego przygotować. Podstawową kwestią była organizacja posiłków. Nie jestem zwolenniczką jedzenie na mieście i kupowania byle czego. Dlatego postanowiłam przygotować jedzenie na zapas. Wykorzystałam Naprawdę Duży Garnek i przygotowałam obiady w słoikach. W dużej mierze korzystałam z gotowych mrożonych mieszanek warzywnych, co znacząco ułatwiło i przyspieszyło sprawę.

Mówiąc krótko zrobiłam weki i to aż trzy rodzaje.

 

Do tego upiekłam nadziewane mięsem bułeczki. Te zapasy pozwoliły ograniczyć gotowanie do absolutnego minimum i skupić się na innych rzeczach.

Nie wszystko da się zrobić na zapas

Są rzeczy, które trzeba robić na bieżąco i tu miałam największe problemy z ogarnięciem się. Nie bardzo można uprać i uprasować rzeczy na miesiąc z góry. Można co najwyżej zadbać o to, żeby nie zaczynać takiego intensywnego miesiąca z górą nieuprawnych ubrań. I to zrobiłam, ale nie mamy dość dużo ubrań, żeby przez miesiąc nie włączać pralki. Początkowo jeszcze jakoś wszystko szło gładko, ale w drugiej połowie miesiąca zaczęło być ciężko. Z jednej strony w szafie drastycznie zmniejszył się wybór czystej odzieży, a z drugiej musiałam uczyć się do egzaminów. No i jeszcze wypadł mi ten wyjazd.

 

Okazało się, że czasu do zagospodarowania miałam mniej niż się spodziewałam a robota szła jak krew z nosa. Efekt był taki, że musiałam określić priorytety i z czegoś zrezygnować. Nie bardzo mogłam zrezygnować z prac domowych, bo jednak dobrze jest nie chodzić w brudnych ubraniach tudzież kąpać się w brudnej łazience. Nauki też nie mogłam odpuścić, bo nie po to zdecydowałam się na kurs i szkolenia, żeby oblać egzaminy. Najchętniej zrezygnowałabym pracy, ale to nie wchodziło w rachubę z wiadomych względów 🙂 W związku z tym musiałam ograniczyć treningi.

Trening mimo braku czasu

Na siłowni byłam zaledwie parę razy i to na krótko. Z jednej strony miałam mniej czasu niż zakładałam, z drugiej brałam przez tydzień antybiotyk i do tego było pierońsko zimno. To spowodowało, że zrezygnowałam z treningów poza domem. W zamian za to starałam się ćwiczyć w domu. Nie tak dużo jakbym chciała, ale przynajmniej tyle, żeby nie wyjść z wprawy.

Podstawą mojej aktywności przez ten miesiąc był program Ewy Chodakowskiej model look. Trening jest bardzo mało intensywny, ale świetnie wzmacnia mięśnie grzbietu i pomaga zapobiegać bólowi pleców. Niestety nie umiem dobrze siedzieć, a niedostateczny czas spędzony w pozycji leżącej natychmiast skutkuje bólem. Luty upłynął mi pod znakiem siedzenia, więc ćwiczenia górnych partii były dla mnie bardzo ważne. Nie chciałam do i tak napiętego grafika dokładać jeszcze wizyty u fizjoterapeuty 🙂

Małe (i większe) przyjemności

Poza licznymi zajęciami, które sobie zorganizowałam znalazłam też czas na drobne przyjemności. Tłusty czwartek połączyliśmy w tym roku ze świętowaniem zawodowego sukcesu. Zjadłam cztery pączki, a potem przepyszną kolację z winem i samymi pysznymi rzeczami. Słowem uczta jak się patrzy 🙂

Zaraz potem były Walentynki, które wyjątkowo obchodziliśmy dzień wcześniej, czyli w ostatki. Była kolacja w indyjskiej restauracji i zakupy w Sephorze. Słowem – idealnie spędzony czas we dwoje 🙂

Generalnie luty był miesiącem zakupów kosmetycznych i sportowych.

Poza sporą dozą pielęgnacji, kupiłam sobie stroje sportowe Lulu, które chodziły za mną już od jakiegoś czasu. Zaopatrzyłam się w dwie pary legginsów i koszulkę i jak tylko odebrałam paczkę nastała Syberia 🙁 To spowodowało, że jeszcze ani razu nie pokazałam światu moich nowych nabytków, bo ćwiczyłam tylko w domu. Smuteczek 🙁

Jak przeżyć miesiąc bez weekendów

Ciężko. Cały miesiąc bez ani jednego dnia wolnego jest naprawdę sporym wyzwaniem. Konieczne jest dobre zarządzanie czasem i ustalenie tego, co jest naprawdę ważne. Próba zmieszczenia dwóch dób w jednej nie jest dobrym pomysłem. Ale dobre przygotowanie oraz rezygnacja z tego, co jest najmniej ważne można spokojnie przetrwać taki szalony czas. Dla mnie podstawą było:

  1. przygotowanie zapasów jedzenia, które wystarczy wyjąć z lodówki i podgrzać;
  2. upranie i uprasowanie wszystkiego, kiedy jeszcze istniał czas wolny;
  3. ograniczenie rozpraszaczy w postaci niekończącego się internetu czy filmów;
  4. dobrze ułożony harmonogram uwzględniający “obowiązkowe” wyjścia.

Pamiętajcie, wszystko jest dla ludzi 🙂

  • motivelina.com

    Praktycznie dwa miesiące żyłam bez weekendów, za co również przypłaciłam antybiotykiem ;( Ale szczerze mówiąc, z dobrą organizacją, planowaniem na parę dni do przodu i samodyscypliną – wszystko da się osiągnąć;)

    • To prawda, że wszystko jest do zrobienia 🙂 A potem człowiek zaczyna doceniać wolne dni 🙂