Codziennik: nie tak miało to wyglądać


codziennik / 3 października 2018

Początek miesiąca nie zwiastował niczego zaskakującego, ale potem okazało się, że jednak nie ma większego sensu przywiązywać się do konkretnego planu. Czasem trzeba elastycznie reagować na to, co się dzieje 🙂

Od półmaratonu do piąteczki

Miesiąc zaczęliśmy od wieczornego półmaratonu na Pradze. Przez cały dzień miałam wyjątkowo pozytywne nastawienie i z wielką niecierpliwością czekałam na bieg. Była piękna pogoda, a dodatkowo to miał być taki symboliczny początek urlopu. Wszystko było super, aż do ostatnich 20 minut przed startem. Zaczęło się robić ciemno i, co za tym idzie, chłodniej. Czekając na strzał startera, jak to ja, zmarzłam i w zasadzie odechciało mi się cokolwiek. Po jakichś 500 metrów biegu w mojej głowie pojawiła się zdradziecka myśl „chciałabym już być w domu”, a zaraz za nią wyskoczyła inna „najpierw muszę przebiec 21 km”. I to był w zasadzie koniec biegu. Dwa razy prawie się rozpłakałam biegnąc. Paradoksalnie biegło mi się całkiem nieźle, ale pierwszą połową strasznie zamulałam. Ciężko szybko biec jednocześnie z trudem powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.

Na metę wbiegliśmy z czasem 2 godziny 22 minuty – zdecydowanie poniżej tego, czego spodziewałam się rano tego dnia i poniżej możliwości. Ale tak naprawdę biegłam jakoś w miarę sensownie dopiero ostatnie 6 czy 7 km. Wcześniej głównie rozważałam, czy zejście z trasy i zamówienie taksówki pod depozyt jest strasznym przypałem.

Na szczęście nie był to ostatni wrześniowy bieg. Po powrocie z wyjazdu pobiegliśmy jeszcze 10km na Wilanowie a następnie 5 km na Żoliborzu w biegu Rotmistrza Pileckiego. Na koniec jeszcze wzięliśmy udział w Biegu na Kopiec Powstania Warszawskiego.

Mimo tygodniowej laby na wyjeździe biegania we wrześniu było sporo – w sumie ponad 100 km.

Zakopane i Kraków

Po Półmaratonie Praskim pojechaliśmy na 4 dni do Zakopanego. Mieliśmy pojechać na dłużej, ale opóźniliśmy wyjazd właśnie ze względu na bieg 🙂 Założenie było takie, że w górach głównie wypoczywamy. I tak też było. Trochę połaziliśmy, ale głównym punktem programu był aguapark i sauna. Zakopiański aquapark jest rewelacyjny. Kto nie był, niech koniecznie nadrobi. Najprawdopodobniej jest to najcieplejszy basen w Polsce, więc spokojnie można pluskać się półtorej godziny i nie wychodzi się sinym. Do tego super zjeżdżalnie, dzika rzeka i jacuzzi. Zjeżdżalnie też są najlepsze 🙂 Jedyną ich wadą jest to, że psują kostiumy kąpielowe – moje już trzy zmarły w efekcie kontaktu z zakopiańskimi zjeżdżalniami, ale rada na to jest prosta. Trzeba brać stary kostium, który i tak jest przeznaczony do wymiany. Poza tym mamy tam kilka różnych saun, a nawet pokój zimowy. Słowem idealne miejsce, żeby w pełni skorzystać z dobrodziejstw tego wynalazku 🙂

Po zakopiańskim lenistwie pojechaliśmy do Krakowa zażyć nieco kultury. Kraków bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się atmosfery trochę jak w Warszawie, a było zdecydowanie sympatyczniej i, mimo tłumów, spokojniej. Odwiedziliśmy Muzeum Narodowe, gdzie widzieliśmy bardzo ciekawą wystawę Wyspiańskiego, Damę z gronostajem, a także wystawy stałe. Niestety, jak często w polskich muzeach, doszłam do wniosku, że są one niezbyt ciekawie zorganizowane. Przedmioty są w nich martwe, a przecież o ile ciekawiej byłoby je ożywić. Można przecież pokazać jak funkcjonowały, jak były używane. Jest kilka chlubnych wyjątków od tej reguły – np. Pałac Herbsta w Łodzi czy Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale większość jest niestety po prostu magazynem przedmiotów.

Nie ma wakacji bez dobrego jedzenia i tym razem trzymałam się tej zasady. W Zakopanem jedliśmy w Karczmie Obrochtówka. Serwują tam typowe góralskie jedzenie, ale wyjątkowo smaczne. Drugi raz w życiu z własnej woli zjadłam kotleta schabowego, a to o czymś świadczy 🙂

Trudny powrót do rzeczywistości

Tydzień urlopu minął szybciutko, a po powrocie wszystko zaczęło się komplikować. Miałam jakieś plany i pomysły (m.in. więcej wpisów na blogu), ale zamiast tego musiałam zrobić rundkę po lekarzach. Na szczęście okazało się, że nic poważnego się nie dzieje. Ale mimo wszystko jak się myśli o swoim zdrowiu, to ciężko jednocześnie myśleć o innych rzeczach.

Moje pomysły zawodowe też zostały zweryfikowane negatywnie. A do tego musiałam trochę pojeździć, więc jak nie latałam po lekarzach, to mnie zwyczajnie nie było. Efekt był taki, że wrzesień minął mi równie szybko jak urlop, ale w zupełnie inny sposób niż to sobie wcześniej wymyślił.

Mam nadzieję, że październik będzie pod każdym względem lepszy 🙂