Codziennik: lubię nudę


codziennik / 2 stycznia 2019

Obyś żył w ciekawych czasach – to chińskie przekleństwo można spokojnie rozszerzyć na życie w ogóle. Dochodzę ostatnio do wniosku, że nudne i nieciekawe życie jest naprawdę fajną sprawą. Jak jest nudno, to człowiek mniej się denerwuje, spokojnie robi swoje i cieszy się każdą chwilą. Nuda napradę nie jest zła. Ciekawe wydarzenia mają to do siebie, że pochłaniają mnóstwo energii, którą można byłoby znacznie lepiej spożytkować.

Atmosfera świąt, której nie było

W tym roku wyjątkowo nie czekałam na Święta, przyszły nagle, a ja zupełnie nie byłam gotowa. Prezenty kupowałam na ostatnią chwilę, a sernik piekłam w Wigilię. Początek grudnia był dla mnie bardzo trudny – dużo pracy i ciekawych wydarzeń życiowych pozbawiło mnie energii na cokolwiek. A potem się rozchorowałam. Prawie cały tydzień przed świętami upłynął pod znakiem kataru 🙁 Oczywiście mąż się ode mnie zaraził. Więc w sumie przed Świętami mieliśmy szpital i naprawdę groziło, że w będzie trzeba je odwołać.

Na szczęście od połowy grudnia miałam urlop (który w połowie przechorowałam), więc mogłam trochę odetchnąć. Chorowanie na urlopie nie jest szczytem marzeń, ale przynajmniej można spokojnie się doleczyć i siedzieć w domu tak długo jak potrzeba bez wyrzutów sumienia. Poza tym i nie miałam w planach nic szczególnego. A grać na komputerze można całkiem spokojnie nawet mając katar.

Dwa tygodnie słodkiego lenistwa

Przez dwa ostatnie tygodnie grudnia oddawałam się zwyczajnemu nicnierobieniu. Byliśmy dwa dni u rodziny i tam również zajmowałam się tą jakże konstruktywną czynnością. Lubię aktywnie spędzać czas, ale przychodzi taki moment, kiedy potrzebuję poczuć, że nic nie muszę. Jak mi się zachce, to pójdę na siłownię, albo przeczytam książkę. A jak mi się nie zachce, to trudno. Czasem nawet mi się chciało 🙂

Korzyść z tego lenistwa jest taka, że po prostu odpoczęłam. Nie wywierałam na siebie żadnej presji, nie miałam wyrzutów sumienia, że spędziłam dzień na kanapie i nie zrobiłam nic sensownego. Nie zastanwiałam się nad przyszłością, a problemy schowałam na dno szuflady i tak przez okrez świąteczny nie rozwiązałabym ich.

To naprawdę ważne, żeby pozwolić sobie na luz. Chwila oddechu bez konieczności sprostania jakimś oczekiwaniom (nawet swoim własnym) jest bardzo potrzebna. Nie można ciągle pędzić i gonić za czymś. Nawet jeśli w rezultacie narobią się zaległości w praniu 🙂 To wszystko można nadrobić, ale nienormowany czas dla siebie jest nie do przecenienia.

Krok w nowy rok

Przyjęło się, że grudzień to czas podsumowania starego roku i zaplanowania nowego. Ciężko mi się do tego zabrać – wydarzyło się wiele świetnych rzeczy i parę naprawdę niefajnych, czyli tak jak to zwykle w życiu bywa. Nie zrobiłam wszystkiego, co chciałam zrobić, ale za to zrobiłam sporo fajnych rzeczy, których nie miałam w planach. Zmieniłam pracę, wróciłam na dobre do biegania, znowu zaczęłam w miarę regularnie chodzić na basen (po jakichś dwudziestu latach przerwy 🙂 ), skończyłam studia podyplomowe, byłam na paru świetnych szkoleniach. Ale za to nie zrobiłam kursu, na którym bardzo mi zależało i zapewne realizacja tego marzenia poczeka dość długo. Także jak zwykle było trochę słodko a trochę gorzko.

Plany na rok 2019? Mam kilka pomysłów i marzeń, które chciałabym spełnić. Zrobiłam nawet pewne kroki w kierunku ich realiacji, ale co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Po listopadowej lekcji nie przywiązuję się za nadto do tych pomysłów. Z rzeczy, które zależą tylko ode mnie – chciałabym się nauczyć czegoś nowego. Jeszcze nie wiem czego, ale na pewno na liście rzeczy, które chciałabym umieć jest pływanie kraulem 🙂