Codziennik: jednak nie uczę się na błędach


codziennik / 5 maja 2019

Patrząc na kwiecień mam przykre uczucie deja vu. Marzec zaczęłam chorobą na własne życzenie, a kwiecień zakończyłam dokładnie w ten sam sposób.  A marcowa infekcja też nie była pierwszą z przemęczenia. Po każdej takiej chorobie robię rachunek sumienia i obiecuje sobie, że to się więcej nie powtórzy. I powtórzyło się kolejny raz. Ale pierwszy raz nauki starczyło na tak krótko.

Maraton na dobry początek

Najważniejszym wydarzeniem kwietnia był maraton w Łodzi. Inaczej – najważniejszym wydarzeniem miał być maraton w Łodzi. O maratonie możecie przeczytać tu i tu. Po dobiegnięciu do mety nie przeżyłam katarsis, nie zagrały fanfary i nic się w moim życiu nie zmieniło. Bieg jak bieg. Tyle że długi. Ale nasłuchałam się i naczytałam o emocjach tyle, że w zasadzie przed biegiem wydawało mi się, że to bedzie nie tylko wydarzenie miesiąca, ale roku. A może nawet dekady.

Tak się jednak nie stało. Cały czas nie wiem o co chodzi z tymi emocjami. Po maratonie Orlenu w Warszawie również czytałam i słyszałam o tych niesamowitach przeżyciach po ukończeniu biegu. I nadal tego nie rozumiałam. Może po prostu nie jestem dość wrażliwa. Jak się potem okazało mój organizm jednak jest wrażliwy na wysiłek związany z maratonem.

Wszystko naraz

Pierwsze bieganie uskuteczniłam w środę po niedzielnym biegu. Kolejne w piątek. A w sobotę pojechaliśmy do Legionowa na Biegi Przełajowe o Puchar Burmistrza. Może nie byłby to taki zły pomysł gdyby nie to, że tego dnia bardzo się ochłodziło. A fakt ten nie do końca do mnie dotarł. Rozważałam nawet, czy nie biec na krótko. Na szczęście nie zdecydowałam się na to, ale zamiast ubrać się ciepło na podróż ubrałam się jakby było jakieś 10 stopni więcej. Zmarzłam przeokrutnie. Nie w trakcie biegu, ale przed i po nim. Dopiero po jakichś 2,5 km biegu przestało mi być zimno. Droga powrotna to w ogóle był jakoś koszmar.

Łyknęłam coś na rozgrzanie, zjadłam ciepły obiad i wyjątkowo ciasto na deser. Pomogło na tyle, że w niedzielę czułam się w miarę nieźle, a w poniedziałek już całkiem dobrze. To uśpiło moją czujność. Uznałam, że najwyraźniej przemarznięcie mi nie zaszkodziło. I to był błąd.

Zamiast odczekać, odpocząć, dać sobie czas ja postanowiłam wrócić do życia na pełnych obrotach. Efekt był taki, że złapałam jakąś infekcję. Bywa. Ale już fakt, że mój organizm sobie z nią nie poradził i po chwilowej poprawie okazało się, że jest gorzej, pojawiło się nadkażenie bakterejne i trzeba podać antybiotyk jest raczej niepokojący. Tym sposobem czas na odpoczynek musiałam znaleźć.

Powrót do żywych

Antybiotyk pomógł i wróciłam do żywych. Ale jednak dość mocno osłabiona. Mimo wszystko wzięłam udział w Biegu SGH na 10 km. Ten bieg pokazał jak bardzo dużo kosztowała mnie ta choroba. Wynik zadawalający, ale wysiłek był ogromny. Dopiero po kolejnym tygodniu tak naprawdę doszłam do siebie, ale to już maj. A na maj jest sporo planów. Mam tylko nadzieję, że będę je realizować trochę mądrzej.