Codziennik: jak ten czas szybko leci


codziennik / 7 listopada 2018

Październik skończył się jeszcze zanim się na dobre zaczął. Mam wrażenie, że wczoraj był wrzesień, a dziś przecież już listopad. I to już 7 listopada! Gdzie więc się podział miesiąc pośredni, nie taki krótki wcale? Obawiam się, że w dużej części zniknął pod nawałem pracy. Nawarstwiło się kilka rzeczy i efekt był taki, że wracałam do domu półprzytomna. Dogorywałam jeszcze przez chwilę i szłam spać. I tak do końca tygodnia 🙁 A potem od poniedziałku znowu to samo.

Dobrze, że są weekendy

Po ciężkim tygodniu człowiek naprawdę cieszy się na weekend. Jeszcze w sierpniu miałam takim pomysł, żeby zapisać się na kurs w październiku, który trwałby przez cztery kolejne weekendy. Z pomysłu zrezygnowałam, ale dobrze się stało. Bo jakbym jeszcze do tego dołożyła sobie zajęcia od 9 do 17 w sobotę i niedzielę, to byłoby naprawdę kiepsko. A tak miałam przynajmniej chwilę oddechu.

Niestety najczęściej ta chwila oddechu nie wpisywała się idealnie w założenia zdrowego stylu życia. Jak człowiek jest ogólnie padnięty, to tabliczka czekolady i butelka wina są wyjątkowo kuszące. Ale przynajmniej starałam się, żeby były poprzedzone jakimś sportem. Czy to na siłowni czy w plenerze. Na pewno Trenerki Wszystkich Polek i fit-celebryci  nie ulegają takim przyziemnym pokusom jak siedzenie na kanapie z kieliszkiem wina. Ale większość śmiertelników jednak potrzebuje od czasu do czasu zakazanych przyjemności 🙂

Czekolada nie pyta, czekolada rozumie

Przez ostatni miesiąc z całą pewnością zjadłam za dużo słodyczy, wypiłam za dużo wina i za mało czasu poświęciłam sprawom przyziemnym takim jak sprzątanie czy gotowanie. Nie jestem z tego dumna, ale też nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia czy kaca moralnego. Zwyczajnie potrzebowałam odskoczni, a wiedziałam, że sytuacja jest przejściowa. Po prostu byłam przemęczona i mój organizm domagał się przyjemności w czystej postaci. I to przyjemności niewymagającej aktywności.

Jedzenie nie jest moim sposobem radzenia sobie ze stresem – wręcz przeciwnie. W sytuacjach stresowych raczej jem za mało niż za dużo. Z resztą akurat ze stresem radzę sobie całkiem nieźle. Natomiast ze zmęczeniem radzę sobie słabo. Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają się często. A poza tym jedną z zalet bycia aktywnym fizycznie jest to, że nawet taki słodki miesiąc nie kosztuje zbyt dużo (na wadze). Wiadomo, że zostawia jakieś skutki, ale bez przesady. One dość szybko znikają.

Co się polepszy, to się po…gorszy

Już się wydawało, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu finałowi (pracy, miesiąca i w ogóle). Zbliżał się długi weekend – aż cztery dni wolnego. A prognozy pogody były nadzwyczaj optymistyczne. Odliczałam więc dni do tych słonecznych, wolnych dni. Robiłam mnóstwo planów, bo przecież zapowiadali prawie 20 stopni! No i tak czekałam, aż tu nagle zaczęło mnie drapać gardło. Potem pojawił się katarek. Zrazu taki niewielki, niewinny i w ogóle całkiem spoko. Apogeum infekcji nastąpiło kiedy? W ten piękny, wolny, pogodny dzień, w który planowałam zrobić masę fajnych rzeczy.

I tak zamiast spędzić czas aktywnie znowu zaległam na kanapie. Tyle, że dla odmiany przyczyną była nie dość idealna temperatura ciała oraz inne nieciekawe objawy. Jedyny optymistyczny akcent, to fakt, że przeziębienie nie trwało długo. Akurat tyle ile miałam wolnych dni. To oczywiście już był listopad, ale wolę tę infekcję zaliczyć do października 🙂

Listopad na pewno będzie lepszy 🙂