Zimowe Roztocze 2020 – Półmaraton Chrząszcza


bieganie / 19 stycznia 2020

Przed pierwszym startem w 2020 czułam lekki niepokój. Po przerwie na przełomie listopada i grudnia biegało mi się fatalnie. Czułam się ociężała i w ogóle średnio. Nawet podejrzewałam anemię (i z resztą bardzo się nie pomyliłam). Krótko mówiąc, nie czułam się w najlepszej formie.

Zmiana planów

30 grudnia do naszej rodziny dołączyły dwa kociaki, więc musiałam nieco zmodyfikować plany. Wstępnie zakładałam, że pojedziemy na Roztocze w czwartek wieczorem i zostaniemy do niedzieli. Ale wyjazd po mniej niż dwóch tygodniach spędzonych razem nie był dobrym pomysłem, a nie chcieliśmy też zostawiać kotów na tak długo samych. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że pojedziemy w piątek po południu, a wrócimy w sobotę po biegu.

Z Warszawy pojechaliśmy do Szczebrzeszyna po pakiety (mój i Elizy) i zamówione pieczywo (oraz cebularze), potem szybciutko do domu zostawić rzeczy i na kolację do restauracji Zielnik. Pizza i piwo czekoladowe nie brzmi do końca jak zdrowy zestaw przedstartowy, ale wzięłam też surówkę 🙂

Start

Prognoza mówiła, że nie będzie padać, ale chmury chyba nie doczytały. Miało być zimowo, a w sumie było tak nie wiadomo jak. Tak najgorzej – nie wiadomo jak się ubrać i czego spodziewać za chwilę. Jak wyjdzie słońce to się zrobi za ciepło, a jak się rozpada na dobre, to będzie odczuwalnie bardzo zimno.

W ostatniej chwili Tomek przekonał mnie, żebym jednak wzięła kije. Organizatorzy sprawdzili jeszcze czy każdy ma telefon i folię NRC i ruszyliśmy. Trasa od początku wiodła mocno pod górę, ale wiedziałam czego się spodziewać. Tak samo zaczynał się Bieg Chrząszcza. Niby pod górę, ale jednak dość szybko dotarłam do punktu “Pętla”, czyli do początku prawdziwej wąwozowej przygody. Aż sama byłam zdziwiona, że to już.

Razem wąwozem!

Wąwozy jakie są każdy widzi. To znaczy każdy, kto już je oglądał wcześniej. Bo jak ktoś je zobaczył pierwszy raz to mógł doznać szoku. Ja wiedziałam na co się piszę i w duchu podziękowałam mężowi, że wcisnął mi te kije. Przydały się bardzo. Było ślisko i ciężko. Na początku próbowałam nawet jakoś zbiegać, ale szybko przekonałam się, że kontrolowany dupoślizg jest znacznie szybszą i bezpieczniejszą metodą przemieszczania się w dół. W górę natomiast mocno wspierałam się kijami. Nie sądzę, żeby poprawiły moją prędkość, ale zwiększały liczbę punktów podparcia, co w tych warunkach uznałam za bezcenne.

Kolejne fragmenty trasy witałam “O Ku…!” i cisnęłam dalej. Trochę do góry, trochę do dołu. Na płaskich odcinkach dawało się nawet biec, mimo że roztoczańskie błoto mocno chwytało za buty i nie bardzo chciało puścić. Szybciej niż się spodziewałam dotarłam do punktu na szczycie pętli. Napiłam się i ruszyłam dalej, choć nie było łatwo. Błoto przy punkcie było wyjątkowo przyczepne.

W tym miejscu był też start na najkrótszego dystansu. W którymś momencie przeczytałam w opisie trasy, że jest prosta i głównie w dół. Ten komunikat w mojej głowie przekształcił się w wyobrażenie o trasie wiodącej ścieżkami i drogami. Takie miłej i wygodnej trasie poprowadzonej szlakiem. Skąd mi się wziął taki pomysł? Ciężko stwierdzić, ale bardzo szybko wyprowadziłam się z tego błędnego myślenia. Druga część pętli była dokładnie taka sama jak pierwsza. 

W górę i w dół po błocie. W okolicach 13 kilometra miałam kryzys. Ale nie takie kryzys, że nie mam siły czy że coś boli. Nie taki kryzys, że już mi się nie chciało. Kolejny zjazd, kolejne wspinanie się… Przez chwilę przestało mnie to bawić. Przepuściłam wtedy parę osób i po prostu stałam i patrzyłam w dół wąwozu. W końcu wzięłam się w garść i znowu było fajnie. Ani się obejrzała i byłam przy punkcie “Pętla” skąd była prosta droga w dół do mety.

Meta

Ostatni odcinek był dość przyjemny. Tylko na początku było trochę pod górę, ale potem to już była w większości asfaltowa droga w dół. Ostatni odcinek biegłam spokojnie, nie ścigałam się i nie cisnęłam bardzo mocno. W jakimś sensie był to po prostu mocniejszy trening i tego się trzymałam.

Na metę wbiegłam z czasem 2:46:52, co dało mi 29 miejsce na 71 kobiet i 9 w kategorii wiekowej. Wynik sam w sobie jest bardzo dobry, ale dla mnie oznacza przede wszystkim, że realizacja planów na ten rok jest jak najbardziej możliwa. Przede mną sporo pracy, ale to, co sobie zamarzyłam jest w zasięgu.

Na bieg wybrałam legginsy Nessi, koszulkę attiq, kurtkę i rękawiczki Kalenji, podkolanówki Cep i buty Salomon SpeedCross 5. Do tego niezawodne kije biegowe Aonijie z Aliexpress.