VII Maraton Kampinoski, czyli mój debiut w ultra


bieganie / 4 grudnia 2019

Nie do końca wiem jak to się stało, że w ogóle zapisałam się na ten bieg. Przy okazji Biegu  Łosia wyskoczyła mi informacja o PÓŁmaratonie Kampinoskim w październiku poprzedniego roku. Pomyślałam, że jakby ten półmaraton był tydzień przed Chorwacją, to może bym pobiegła. Potem okazało się, że jednak będzie w połowie listopada a nie w połowie października i jakoś tak wyszło, że wbiłam sobie do głowy maraton a nie połówkę.

Zapisałam się i czekałam co dalej. Liczyłam się z paskudną pogodą i ciężkimi warunkami. Zrobiłam trochę dłuższych wybiegań w różnej pogodzie, chodziłam na saunę i przez trzy dni jadłam więcej węglowodanów. 16 listopada pogoda okazała się bardzo łaskawa, więc na starcie stanęłam w t-shircie i rękawkach.

Spodziewałam się jakichś silniejszych emocji, bo w końcu to był mój pierwszy samodzielny maraton. Ale emocji jakichś szczególnych nie było. Biegło mi się bardzo dobrze. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, co napiszę o tym biegu, bo przez pierwsze dwadzieścia kilometrów wydawało się, że Maraton Kampinoski podsumuję w trzech słowach niczym Cezar – wystartowałam, biegłam, dobiegłam. I właśnie wtedy okazało się, że jednak będę miała o czym pisać.

O tym jak straciłam czujność

Okazało się, że źle skręciłam i byłam nie tam gdzie być powinnam. Chwila paniki. I decyzja: wracam się. Pobrałam track trasy (tak, dopiero jak się zgubiłam) i po (niedostatecznie długim) zastanowieniu postanowiłam wracać nie drogą/szlakiem, ale na przełaj. Z jakiegoś powodu wydało mi się, że tak będzie krócej i szybciej. Ruszyłam więc, głównie szybkim marszem do właściwej drogi. Szłam i szłam i coraz bardziej się denerwowałam. Byłam przekonana, że odbiegłam maksymalnie 2 kilometry. Ale dwa kilometry minęły, potem trzy i cztery, a ja wciąż nie byłam we właściwym miejscu. Okazało się, że straciłam 5 kilometrów w jedną stronę. Razem dziesięć.

Znalazłam się na samym końcu stawki. Mijali mnie ludzie, których dawno wyprzedziłam – oni byli dawno za połową trasy, a mnie do połowy jeszcze brakowało sporo, ale w nogach już mieliśmy tyle samo. Trochę się załamałam. Przede mną było jeszcze dużo biegnięcia, a dzień o tej porze roku nie jest szczególnie długi. Obawiałam się, że skończy mi się picie i jedzenie. No i przede wszystkim, że od teraz będę biegła większość czasu całkiem sama.

Przemieszczałam się do przodu bez większego entuzjazmu, bo jakkolwiek by to nie zabrzmiało dziwnie – chciałam przebiec maraton, a wiedziałam, że to będzie dystans znacznie dłuższy. W pewnym momencie spotkałam dwie zawodniczki nordic walking, które powiedziały, że biegnę w złą stronę. Kolejny stres. Już raz źle pobiegłam i drugi raz nie chciałabym popełnić takiego błędu. Zawróciłam.

W którymś momencie dotarłam do punktu z wodą, gdzie mogłam napić się i napełnić flaska. Chwilę wcześniej wypiłam do końca wszystko co miałam i zaczęłam zastanawiać się, czy po drodze znajdę sklep, żeby dokupić jakieś picie. Zaczynałam mieć wątpliwości czy dam radę ukończyć bieg. Woda i kontakt z ludźmi dodał mi skrzydeł. Poczułam, że do mety już bliżej niż dalej. Ale mimo wszystko to już nie było to. Po tym wszystkim to już nie był ten sam bieg, co wcześniej.

Truchtałam w kierunku mety z pełną świadomością, że jestem jedną z ostatnich. Co jakiś czas miałam przypływ energii, ale brakowało mi entuzjazmu. Nie bardzo potrafiłam cieszyć się tym biegiem, mimo że fizycznie byłam cały czas w niezłym stanie. Nie było żadnych ścian ani kryzysów. Po prostu już mi się się chciało, bo zwyczajnie przestało mi zależeć. Nie chodzi o to, że kiedykolwiek zależało mi na jakimś konkretnym wyniku, ale zależało mi na biegu w ogóle. Przygotowałam się do niego, co nie jest w moim przypadku regułą. Zrobiłam wszystko, żeby pobiec go przyzwoicie i bez problemów. Tylko wszystko się zje…ło.

Meta i co dalej?

Po dobiegnięciu do mety chciałam tylko wrócić do domu. Nawet nie dlatego, że mnie ten bieg jakoś szczególnie sponiewierał, tylko po prostu wszystko poszło nie tak. Byłam zła na siebie i na wszystko w koło. Fizycznie czułam się dobrze, byłam znacznie mniej zmęczona niż się spodziewałam (a przecież przebiegłam więcej niż maraton), ale byłam po prostu rozczarowana. Chciałam przebiec maraton, a nie dowolny dystans w lesie.

Kiedy wróciłam do domu i sprawdziłam wyniki okazało się, że zostałam zdyskwalifikowana. Tego było już za wiel. Napisałam do organizatora i po dłuższej dyskusji przywrócono mnie na listę, ale mimo wszystko niesmak pozostał. Czekałam na ten bieg, cieszyłam się na niego, a na koniec wszystko poszło nie tak. Do dziś jak o tym myślę jestem mi przykro i cały czas się zastanawiam czy w związku z tym powinnam wrócić na tę trasę za rok.