Dalmacija Ultra Trail, czyli mój pierwszy zagraniczny bieg


bieganie / 5 listopada 2019

Pomysł wyjazdu narodził się rok temu, zaraz po zakończeniu imprezy. Co mnie urzekło i zachęciło do umieszczenia DUT na liście tegorocznych biegów? Ciężko powiedzieć. Duży wpływ miały pozytywne opinie, ale również zdjęcia z regionu i częściowo strona 

organizatorów. Chyba tak naprawdę to właśnie strona internetowa organizatorów i ich profil na facebooku ostatecznie przesądziły sprawę i zapadła decyzja, że w 2019 jedziemy w październiku do Chorwacji.

Etap pierwszy – sprzęt i logistyka

Zaczęliśmy od kompletowania sprzętu. Ale tylko dlatego, że rejestrację na bieg otworzono dopiero w marcu chyba. Kompletowanie sprzętu brzmi bardzo szumnie i sugerować może bardzo wiele. Prawda jednak jest taka, że przed decyzją o starcie w Chorwacji ja zaledwie raz (JEDEN RAZ) biegłam w terenie – 10 km po Puszczy Kampinoskiej w Biegu Truskawki. Nie mieliśmy absolutnie nic, co przydaje się lub jest wymagane na takich biegach. Chociaż to nie jest do końca prawda, bo jednej rzeczy mieliśmy pod dostatkiem – ducha przygody nam nie brakowało 🙂

Zapisaliśmy się na górski bieg za granicą nigdy wcześniej nie biegając w górach i zaledwie raz po lesie. Oczywiście zapisaliśmy się jako jedni z pierwszych, tego samego dnia co otworzono rejestrację. A zaraz potem kupiliśmy bilety lotnicze i zarezerwowaliśmy nocleg. Na szczęście od marca do października było wystarczająco dużo czasu, żeby pobiegać trochę w terenie i nawet po górach. I to na tyle duże trochę, że w bieganie trailowe mocno się wkręciłam i nawet jakieś plany dalekosiężne zaczęłam snuć.

Etap drugi – w drogę

Polecieliśmy liniami Austrian Airlines do Splitu z przesiadką w Wiedniu, a dalej komunikacją lokalną. Powietrzna część podróży była bardzo spoko, natomiast ta naziemna już trochę mniej.  Podróż z lotniska w Splicie do Omiš, gdzie była baza zawodów bardzo mnie zmęczyła. Chociaż w pewnym sensie była też ciekawa i stanowiła dobrą zapowiedź widoków, które czekały na trasie.

W Omiš od razu poszliśmy odebrać pakiety, żeby zdążyć jeszcze za dnia. Bo jednak dzień w drugiej połowie października nie jest już taki długi, a po zmroku robi się chłodno, nawet w Chorwacji.

Biuro zawodów był w sporej hali, gdzie stało również kilku wystawców. Przed odebraniem pakietu trzeba było pokazać wszystkie elementy wyposażenia obowiązkowego. Dopiero potem można było odebrać pakiet, na który składał się numer startowy, naklejka z numerem i torba na depozyt, koszulka i dwie ulotki. Dwie, nie dwieście jak to bywa na biegach w Polsce.

Pakiet startowy

Przed startem

Start dystansu Ethno 18km był w zaplanowany na sobotę 19.10 na godzinę 13 z miejscowości Dugi Rat. To całkiem dobra godzina jak na start biegu w czasie wakacji. Można wstać bez pośpiechu, zjeść śniadanie i przejść się trochę. A potem spokojnie ubrać się, wypić ostatnią kawę i udać się na miejsce zbiórki, skąd autobusy zabierały uczestników na start.

Dugi Rat

Dugi Rat nie jest bardzo daleko od Omiš, a autobusy z zawodnikami ruszyły przed dwunastą. To oznaczało, że na start musieliśmy poczekać prawie godzinę. Wydaje mi się, że to jednak trochę za długo. Zdążyłam dwa razy skorzystać z łazienki i obejść okolicę kilka razy.

Dugi Rat – brama startowa

Poza tym w Dugim Racie dotarło do mnie, że start o 13 ma jednak sporo wad i być może 10 byłaby znacznie lepsza. Teoretycznie wcale nie było bardzo gorąco, ale praktycznie temperatura odczuwalna była w okolicach trzydziestu stopni – ostre słońce, ani jednej chmurki, brak wiatru i trasa praktycznie bez cienia.

Do pierwszego punktu (Dugi Rat – Jesenice)

Punktualnie o 13 wystartowaliśmy, ja ustawiłam się pod koniec stawki i spokojnie ruszyłam przed siebie. W moim bieg zaczyna się dopiero po wejściu “w teren”. W tym wypadku pod górę było praktycznie od razu, ale początkowo po drodze. Dopiero po jakichś 500 metrach wbiegliśmy w góry i zaczęło się pierwsze podejście, a dla mnie tak naprawdę dopiero wtedy zaczął się bieg. Parłam do przodu i do góry mijając kolejnych zawodników i zawodniczki. Wtedy też odkryłam ogromny błąd, który popełniłam – nie spróbowałam zawartości flasków przed biegiem. W jednym był izotonik, a w drugim woda. Tyle, że przed wyjazdem flaski były myte i chyba niedokładnie wypłukane. Izotonik był ok, ale woda smakowała jak płyn do płukania zębów – nie nadawała się do picia.

Po pierwszym stromym podejściu przeszliśmy w końcu do tej części biegu, którą lubię i to pojawił się kolejny zonk. Zbieg po kamieniach, częściowo luźnych, ruszających się, uciekających spod stóp i nierównych był dla moich stóp ogromnym zaskoczeniem. Do tego stopnia, że musiałam przepuścić parę osób, a sama po prostu szłam. Szłam w dół. To była dla mnie katastrofa i potworny cios dla mojego ego. Tam nawet nie było bardzo stromo, było po prostu inaczej. Potem trochę się oswoiłam z podłożem, ale mimo wszystko bieg wcale nie przebiegał tak jak się spodziewałam.

Początek biegu był super, ale potem zaczęło być gorzej i gorzej. W okolicy trzeciego kilometra miałam koszmarny kryzys. Było mi źle, miałam płyn do płukania ust zamiast wody, pokonały mnie zbiegi i w ogóle było do kitu. A to był dopiero trzeci kilometr. Myśl, że przede mną było jeszcze piętnaście starałam się wypchnąć ze świadomości, bo pewnie bym po prostu usiadła i się rozpłakała. Kurczowo trzymałam się myśli, że zostały mi dwa kilometry do pierwszego punktu, ale i w mojej głowie zaczęły pojawiać się jakieś zupełnie zbędne myśli.

I wtedy pojawiły się one i uratowały sytuację. Na naszej drodze stały sobie spokojnie i się pasły trzy osły. Tak po prostu, zupełnie znienacka wyrosły na ścieżce i świat nagle stał się piękniejszy. Zatrzymałam się, podobnie jak większość biegaczy, zrobiłam masę zdjęć zwierzaków i otoczenia i dopiero ruszyłam dalej. Ta przerwa nie trwało długo, ale kilka chwil w towarzystwie osiołków poprawiło mi nastrój i dodało sił.

Osiołki na trasie potrafią bardzo poprawić humor

Kolejne dwa kilometry minęły dość szybko. Mam wrażenie jakbym zaraz po spotkaniu z osłami wbiegła do punktu. To jest właśnie ta różnica w podejściu. Trzeci kilometr trwał całe wieki. Zdawało mi się, że nie przemieszczam się ani trochę do przodu. A kolejne dwa kilometry minęły tak szybko, że nawet ich nie zauważyłam.

Odcinek środkowy (Jesenice – Tugare)

Wbiegając do punktu zostałam trochę zaskoczona metodą pomiaru czasu. Otóż pomiar czasu wyglądał tak, że na punkcie siedział człowiek, który sprawdzał numer startowy wbiegającego zawodnika i dopiero po jego spisaniu wpuszczał delikwenta na punkt. Generalnie pomiar czasu w tym biegu był taki mocno na oko, ale różnice między kolejnymi zawodnikami były na tyle duże, że dokładność wcale nie była potrzebna.

Na punkcie mogłam w końcu napić się wody, a przede wszystkim zastąpić nią paskuctwo we flasku. Było bardzo ciepło, więc wzięłam tylko pomarańczę i mandarynkę. W ogóle nie była głodna, chociaż wybór jedzenia był duży – banany, mieszanka studencka, czekolada, wafelki, czipsy i nawet jakieś alkohol był. Ale to dla naprawdę twardych zawodników – przy takim wysiłku i takim słońcu kieliszek chorwackiego bimbru raczej ścinał z nóg natychmiast.

Tyle dobra…

Z punktu wybiegłam zadowolona i gotowa na kolejny odcinek trasy. Przede mną było drugie ciężkie podejście, ale jak się wkrótce okazało oferujące bajeczne widoki. Cały czas miałam ochotę usiąść gdzieś i po prostu patrzeć. Nigdy na żadnym biegu nie zrobiłam tylu zdjęć, co w trakcie tego kawałka Ethno DUT. Widoki zapierały dech w piersiach i żal było przyspieszać. Miałam ochotę utrwalić każdą chwilę tego podejścia. No ale w końcu to zawody, więc jednak starałam się cisnąć do przodu choć trochę. Wyprzedziłam parę osób, ale nie mogłam się powstrzymać i zrobiłam mnóstwo zdjęć.

Potem trasa nieco się wypłaszczyła a ja mijałam się z dwoma lub trzema osobami. Raz ja je wyprzedzałam a zaraz potem któraś z nich mnie. Cały czas byłam pod wrażeniem tego, co widziałam i oczywiście robiłam kolejne zdjęcia. Środkowa część była dla mnie chyba najprzyjemniejsza. Biegło mi się bardzo dobrze i nadrobiłam trochę średnie tempo względem pierwszej części biegu i to mimo że siódmy kilometr był najwolniejszym z całego biegu.

Na drugi punkt odżywczy wbiegłam w miarę rześka i pełna zapału do kontynuowania biegu. Wydawało mi się, że skoro pierwsze 10 km było pod górę, to teraz będzie przeważnie w dół, a bieganie w dół to jest to, co lubię najbardziej. Uzupełniłam wodę, zjadłam czipsy z czekoladą (moje ulubione jedzenie na biegach)  oraz cząstkę pomarańczy i byłam gotowa do dalszej drogi.

Prosto do mety

Z drugiego punktu dalsza droga wiodła przyjemnie w dół i to taka normalna droga nie aż taka stroma i bardzo przyjemna. Byłam w swoim żywiole, nawet minęłam parę osób i z jakiegoś powodu wyobraziłam sobie, że to już tak będzie do końca biegu.

Po chwili wbiegliśmy w nieco odmienny niż dotychczas teren. Do tej pory biegliśmy głównie po kamieniach i kamiennych ścieżkach w bardzo suchym terenie. A tu nagle pojawiła się ścieżka leśna, z przyjemnie wilgotnawym podłożem. I nawet grzyby przy niej rosły. Nieśmiało zakiełkowała myśl, że może nawet szybciej dotrę na metę. I właśnie jak już myślałam, że końcówka biegu będzie po lesie znowu pojawiły się kamienie. Pół biedy kiedy prowadziły w górę – z tym radziłam sobie nieźle. Ale zejście, to już zupełnie inna historia.

Pierwszy odcinek zejścia był dość trudny, ale miałam nadzieję, że potem będzie już lepiej. No i było lepiej, ale nie na tyle, żeby dała radę sensownie zbiegać. Tempo miałam takie więcej marszowe, więc puściłam dwie Słowenki, które pognały w dół niczym kozice. To mi ładnie pokazało, że przede mną jeszcze długa droga…

W końcu pojawiła się przyjemna droga w dół, więc pognałam przed siebie i kiedy już zaczęłam się cieszyć usłyszałam za sobą głos. Okazało się, że ta ładna i wygodna droga to nie była nasza trasa. Nasza trasa nadal wiodła po kamulcach, tylko tym razem takich trochę jakby wilgotnych i śliskich. I nawet były tam prawidłowe oznaczenia, ale wiadomo, że ładna droga zawsze kusi. Oczywiście zawodniczki, które wcześniej były za mną znalazły się przede mną, ale to i tak nie miało większego znaczenia. Nie leciałam po miejsce w czołówce, więc niespecjalnie mi zależało, ale mimo wszystko trochę szkoda.

W końcu droga zrobiła się trochę łatwiejsza, ale cały czas kamienista. Moje stopy już miały trochę dość. I z każdym krokiem coraz mniej im się podobały te ścieżki. W zasadzie było już tylko przyjemnie w dół, więc teoretycznie mogłabym się puścić biegiem i może jeszcze kogoś wyprzedzić. Tylko w praktyce zwyczajnie i po prostu bolały mnie stopy, które nie były przyzwyczajone do biegania po takich drogach. A może to kwestia butów? Chociaż sądzę, że raczej to pierwsze.

Byle do Omiš

Zaczęliśmy zbliżać się do Omiš, bolały mnie stopy, nie chciałam się już nigdzie spieszyć i wtedy nagle poczułam, że jestem głodna. Co gorsza skończyło mi się picie. Patrząc na zachęcającą drogę za drugim punktem odżywczym niewystarczająco uzupełniłam flaski, a przecież żar lał się z nieba.

Miałam przy sobie batoniki, ale nie opłaca się jeść dwa kilometry przed metą. Tak mi się przynajmniej wydawało. Zwłaszcza, że batonika je się dość długo. To nie żel, który można szybko pochłonąć. A poza tym batonik trzeba popić. A to jest trudne jak się nie ma picia. Postanowiłam zatem cisnąć do końca mimo, że czułam jak żołądek przyrasta mi do kręgosłupa.

Ostatni odcinek trasy wiódł przez miasto a potem przez plażę do mety. Trochę to było dziwne, bo ruch samochodowy nie był w żaden sposób ograniczony i musiałam chwilę poczekać na zielone światło dla pieszych. Ale pół minuty w tę czy w tamtę… Jakie to miało znaczenie. Większym problemem dla mnie było to, że bieg przez miasto oznaczał widzów (czy kibiców), czyli dobrze było zachować choć trochę godności i ładnie truchtać z uśmiechem. A to naprawdę trudne kiedy człowiek jest głodny i spragniony. Ale jakoś dałam radę 🙂

Po biegu

Na mecie czekał poczęstunek podobny jak na punktach, ale wzbogacony o chleb, ser i boczek. Z tego wszystkiego najbardziej interesowało mnie picie i oczywiście chleb – absolutnie najlepsze jedzenie po biegu. Przy czym to wcale nie był koniec jedzenie. Każdy uczestnik w pakiecie startowym otrzymał bon na obiad w pobliskiej restauracji. Ta koncepcja bardzo przypadła mi do gustu, bo szczerze mówiąc ograniczony dostęp do żywności na mecie zawsze bardzo mnie drażni. Tutaj można było napić się i najeść, a z bonu skorzystać nieco później.

Tak też i my zrobiliśmy. Najpierw prysznic, a potem wróciliśmy na ciepły posiłek. Do wyboru był makaron w sosie pomidorowym (mój wybór), kurczak z frytkami (wybór męża) oraz jakaś fasolka (nie widziałam jak to wygląda). A następnie zrobiliśmy coś czego, nie robiłam od ładnych paru(nastu) lat. Wzięliśmy pudełko ptasiego mleczka i butelka wina i usiedliśmy z tym na plaży. Wino na plaży smakuje fenomenalnie. Nawet jeśli nie jest to wybitne wino i pije się je z plastikowych składanych kubeczków biegowych. A gdy dodatkowo za plecami jest meta zawodów, którą przekraczają kolejni zawodnicy, namioty wystawców, muzyka i impreza, to naprawdę jest jeden z tych momentów kiedy można pomyśleć “życie jest piękne”.

I piękny jest też ten bieg. Bawiłam się świetnie a widoki mnie urzekły. Z całą pewnością wrócę tam jeszcze nie raz, bo to było fantastyczne doświadczenie. DUT, to jedna z fajniejszych imprez biegowych, w których brałam udział.

Na bieg wybrałam spódniczkę WAA, koszulkę JustHero, skarpetki kompresyjne CEP, daszek WAA, plecak Salomona i buty Mizuno Wave Daichi 2.